Avantgarde Zero Tail Activ XD

Avantgarde Zero Tail Activ XD Test

Najnowszy model z serii Zero udowadnia, że niemiecki Avantgarde hołduje zasadzie Bruce'a Lee, iż "jedyną drogą rozwoju jest ciągłe podnoszenie poprzeczki, a jedyną miarą sukcesu jest wysiłek, jaki włożyliśmy, aby go osiągnąć"

  • Data: 2017-11-07

Wydawało mi się, że Zero to model koncepcyjnie zamknięty – jedno kompletne urządzenie Plug&Play. Jednak firma Avantgarde poszła jeszcze krok dalej, wykonała zupełną woltę, tworząc produkt wprowadzający nowy wymiar dźwięku. Wszystko to dzięki zaskakującemu pomysłowi na częściowo aktywną konstrukcję, umożliwiającą użytkownikowi wykorzystanie dowolnej elektroniki, a co za tym idzie nieskończenie wiele możliwości uzyskania najlepszych muzycznych wrażeń. Jeśli podstawą wszelkich zwycięstw, jak twierdził Salvador Dali, jest strój, to Avantgarde Zero TA XD ze swoim wybitnym wzornictwem są niekwestionowanym zwycięzcą. Ich obudowy wykonano w nienaganny sposób, z zegarmistrzowską wręcz precyzją i w całości z tworzywa, a dokładniej z poliuretanu PUR. Jest to materiał prawie niezniszczalny, wyjątkowo sztywny, ale elastyczny zarazem, odporny na starzenie, pękanie etc. Ząb czasu będzie miał zdecydowane problemy z jego naruszeniem. Jednak poza wymienionymi zaletami chyba najważniejsze są jego właściwości akustyczne, a dokładnie doskonałe tłumienie drgań. Zapewne dlatego producent zdecydował się na użycie właśnie tego materiału.

Konstrukcja składa się z dwóch części połączonych sztywno za pomocą 16 wkrętów imbusowych. Pomiędzy nimi znajduje się gumowe uszczelnienie, które uniemożliwia jakiekolwiek niechciane przedmuchy powietrza. Od środka obudowa wyklejona jest gąbką w kształcie stożków, a oddzielna komora sekcji średniotonowej watoliną.

Głośnik wysokotonowy to klasyczna konstrukcja tubowa zaczerpnięta z rynku profesjonalnego. Podobnie sprawa wygląda, jeżeli chodzi o głośnik niskotonowy. To 12-calowy przetwornik z papierową, sztywno zawieszoną membraną, zawieszeniem harmonijkowym oraz układem magnetycznym o średnicy 155mm. Niecodzienna jest także sekcja średniotonowa, gdyż to wysokoskuteczny głośnik z papierową, miękko zawieszoną membraną, obciążony dużą, 400mm tubą wtopioną we front obudowy. Co ciekawe, nie jest filtrowany od dołu pasma, więc przenosi również najniższe rejestry.

Kolumny mają aktywną sekcję niskotonową, która odpowiada za częstotliwości do 250Hz. Oparto ją na układzie firmy Pascal A/S o mocy 500W RMS, pracującym w klasie D. Dzięki temu kolumny nie wymagają wydajnego prądowo wzmacniacza. Wysokie oraz średnie częstotliwości filtrowane są za pomocą pasywnych podzespołów dobrej jakości marki Rike Audio oraz Intertechnik.

Na froncie znajduje się biała dioda LED, której intensywność możemy regulować pokrętłem na panelu tylnym, elegancko ukrytym pod pokrywą mocowaną za pomocą magnesów. Skoro już o panelu mowa, to do dyspozycji jest całkiem sporo opcji. Kolumny możemy wyzwalać napięciem stałym 12V, doprowadzać sygnał za pomocą przewodów głośnikowych, a także jednocześnie, osobno do modułu basowego sygnałem XLR z przedwzmacniacza – tak jak w droższych modelach. Dzięki temu wykorzystujemy zalety góry i środka z małej triody, np. 300B, oraz omijamy bolączki, które występują w dole pasma tejże lampy. I najważniejsza rzecz – wyświetlacz oraz pokrętło, za pomocą którego wybieramy odpowiednie ustawienia wbudowanego układu DSP.

Dodatkowo możemy obserwować wysterowanie kolumn za pomocą pięciu LED-ów znajdujących się obok wyświetlacza, a także regulować szybko głośność sekcji niskotonowej, bez konieczności podłączania kolumn do komputera. I nie ma tu mowy o pomyłce, ponieważ do zestawu dołączono oprogramowanie do PC, które pozwala na dowolne zestrojenie basu pod konkretne pomieszczenie oraz usunięcie wzbudzających się częstotliwości. Ustawienia możemy zastosować do obydwu kolumn identycznie, lub do każdej osobno. Dostępnych opcji jest mnóstwo i, co ważne, nie musimy się obawiać, że cokolwiek zepsujemy tym ustawieniami, gdyż wzmacniacz ma wbudowane ograniczenie, dzięki któremu nie spalimy głośnika basowego – chyba, że je wyłączymy, to wtedy niczego gwarantować nie mogę!

Do dyspozycji mamy kilkanaście wolnych komórek pamięci na indywidualne ustawienia oraz preinstalowane, gotowe zestawy korekcji basu, które na początek mogą ułatwić opanowanie niskich rejestrów. Żeby jednak zrobić to w pełni profesjonalnie, będziemy potrzebowali zestawu z mikrofonem pomiarowym, aby sprawdzić, czy wszystko jest ustawione poprawnie. Tego niestety nie dostaniemy w komplecie, ale możemy skorzystać z firmy zewnętrznej, która przyjedzie i wykona pomiary za nas – koszt usługi skalibrowania kolumn do konkretnego pomieszczenia wynosi 1000 euro. Moim zdaniem w większości wypadków nie będzie to konieczne. Przećwiczyłem to w moim trudnym pomieszczeniu o powierzchni ok. 30 metrów kwadratowych, otwartym z jednej strony na duży, bo 20-metrowy korytarz – poradziłem sobie z basem w ciągu kilku godzin.

Kolumny koniecznie trzeba postawić na czymś więcej niż fabrycznych stelażach. Nie możemy ich jednak pominąć, gdyż zapewniają one ściśle określone pochylenie konstrukcji do tyłu, w celu odpowiedniej integracji sygnałów docierających do nas z trzech źródeł dźwięku. Dostarczone przez dystrybutora dodatkowe podstawki wypełnione kwarcem pozwoliły w 100% ocenić jakość niskich rejestrów, gdyż skutecznie odizolowały kolumny od podłogi.

Tym razem Avantgarde Zero sprawiły mi jeszcze większą frajdę niż poprzednio i to nie tylko w kwestii doznań dźwiękowych, również w nieograniczonej liczbie możliwych konfiguracji. Dzięki wprowadzeniu pasywnej sekcji wysoko- i średniotonowej mogłam wreszcie wykorzystać swój ukochany wzmacniacz Octave V-70, przez co te wysokoskuteczne zestawy uzyskały prędkość pierwszą kosmiczną, powalając na kolana dynamiką dźwięku. I mówimy tu o dynamice zarówno w skali mikro, makro, jak i w ujęciu holistycznym. Te kolumny grając, dostawały skrzydeł, ale żeby uzyskać taki efekt, nie jest konieczny wzmacniacz o mocy małej elektrowni jak moja Octave, bo napędzić je można parą biegających w kołowrotku chomików. Ale ile się nacieszyłam tym drive'em to moje!

Uderza nieprawdopodobny realizm dźwięku, najbliższy muzyki na żywo, jaki kiedykolwiek słyszałam! Dźwięk jest wyjątkowo spójny, niezwykle dynamiczny i szczegółowy. Perkusja jest mocna i szybka, pozbawiona twardych krawędzi, z wyjątkiem sytuacji, gdy muzyka ich wymaga. Basy są bardzo szybkie, głębokie i teksturowane, ale prawdziwym forte tego systemu jest środek pasma. To sprawia, że kobiecy głos brzmi w słodki, naturalny sposób, bez żadnego wysiłku. Saksofon solo na płycie "More Love" Henryka Miśkiewicza wydaje się równie imponujący i realny.

Zero są szalenie selektywne, ale w sposób niepsujący przyjemności słuchania muzyki, której na dodatek można słuchać dwojako – jako bogatej całości, albo selektywnie. Wystarczy się na moment skoncentrować na danym elemencie, ażeby bez problemu wyseparować go z całości i tak samo na moment o nim zapomnieć, żeby móc cieszyć się pełnym bogactwem i różnorodnością dźwięku, jego pulsowaniem, wibrowaniem i mieniącymi się barwami.

Soczysta, wypełniona i naturalna jest średnica, w uszy rzuca się doskonała artykulacja bez śladów syczenia. Szczególnie pięknie prezentują się wokale i nie ma znaczenia czy męskie, czy kobiece. Lekko ochrypły głos Jorgosa Skoliasa z płyty "..tales" stworzył niesamowitą mieszkankę z fortepianem Bogdana Hołowni. Wokal był naturalny, dało się słyszeć najdrobniejszą zmianę modulacji głosu i artykulacji dźwięków, a fenomenalny fortepian Hołowni oddany został na tyle realistycznie, że każde uderzenie struny, jej drganie i wybrzmienie były wyraźne.

Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak Zero poradzą sobie z soundtrackiem do filmu "Avatar", który oprócz bardzo niskich rejestrów zawiera też sporo różnorodnych wysokich dźwięków o dużej skali dynamicznej, co pozwala sprawdzić możliwości sprzętowe. Spodziewałam się, że powinno być dobrze, ale to, co usłyszałam, to była petarda! Avantgarde'y pokazały pełen wachlarz swoich możliwości, oddając tym samym doskonale klimat i charakter płyty. Trójwymiarowa scena doskonale pokazywała wielowątkowość utworów, dźwięk był gęsty, spójny i do końca wysycony szczegółami tej płyty.

A skoro już kolumny potrafią pokazać gradację tła i planu, to wybór padł na nagrania zespołu Pink Floyd i solowych Rogera Watersa – mistrzów zagmatwanej przestrzeni, wielowarstwowości i bogactwa planów. Tym razem nie zrobiłam tego w celu poznania możliwości sprzętowych, a jedynie dla czystej przyjemności. Nie interesowało mnie, czy Zero sobie poradzą, ponieważ to było oczywiste, że sobie poradzą, ale to, w jaki sposób pokażą mi ten muzyczny galimatias. Efekt przewyższył moje oczekiwania – kolumny oddały to, co w tej muzyce najlepsze – niespodziewane zmiany rytmu, dźwięki z różnych poziomów, nachodzące na siebie tła, wielowątkowość zdarzeń i szczegóły, które nie zawsze są czytelne, np. odgłosy złowieszczego krakania gdzieś w środku utworu, szczekanie psa czy dźwięk nadawanego gdzieś w oddali, przez stadionowy megafon komunikatu. Udało się usłyszeć te różne smaczki ukryte w poszczególnych planach i dostrzec przestrzeń panującą między nimi.

Przyszła pora na duże składy i klasyczny repertuar. Płyta "The Opera Gala Live From Baden-Baden" dała poczucie żywego uczestnictwa w niezwykłym wydarzeniu, jakie miało miejsce w tej pięknej sali koncertowej z fasadą XIX-wiecznego dworca kolejowego. Utwór "Flower Duet" z opery Lakmé Delibes'a w wykonaniu Anny Netrebko i Eliny Garancy brzmiał dźwięcznie i krystalicznie czysto. Idealnie zgrany sopran Netrebko i mezzosopran Garancy miejscami nakładały się na siebie, dając wrażenie jakby jednego głosu, ale jednocześnie przez cały czas pozostawały do odróżnienia. Fala oklasków, która kończyła to wykonanie, brzmiała zupełnie jak na żywo, a trzeba pamiętać, że oklaski są zawsze dość trudne do odtworzenia, bo mają tendencję do zlewania się w jedną masę. Tu natomiast słychać było poszczególne klaśnięcia, ich różne natężenie, głośność i przesunięcie w czasie, a wszystkie razem oddawały zarówno emocje, jak i atmosferę koncertu. Dało się odczuć wielkość sali, jej szerokość, głębokość i akustykę.

To, o czym koniecznie trzeba pamiętać, to fakt, że Avantgarde'y Zero nie czarują słuchacza, są bezczelnie prawdomówne i jeśli chcemy, żeby muzyka dobrze brzmiała, to musimy zadbać o jakość nagrania, bo słychać wszystkie mankamenty słabych realizacji. To może być frustrujące, jeśli okaże się, że konieczna jest wymiana połowy kolekcji płyt, ale albo prawda, albo słodkie audio-kłamstewka, co kto lubi.

Wcześniej model z 2013 uznałam za najbardziej udany i zaskakujący produkt Avantgarde'a ostatnich lat, który brzmieniowo nie odstawał od wyższych modeli i zdecydowanie rozpoczynał nowy rozdział w historii firmy. Po czterech latach mogę powiedzieć dokładnie to samo o jego następcy, bo jestem nieustająco pod wrażeniem produktów z tej serii. Różnica polega na tym, że poprzednik z racji całkowicie aktywnej budowy nie dawał tylu możliwości ani kompromisu, zatem były to kolumny z gatunku "zerojedynkowe" – albo się je kocha, albo nienawidzi. W przypadku Zero TA XD i sekcji pasywnej możemy dowolnie długo wybierać elektronikę, która zapewni nam najlepsze wrażenia i da pełną satysfakcję ze słuchania muzyki.

Avantgarde'y Zero TA XD są niebywale eleganckie w swoim minimalistycznym wzornictwie, dopasowane do potrzeb każdego użytkownika, zarówno pod względem gustów brzmieniowych, jak i wielkości pomieszczenia, którym dysponuje, bo to nadal są jedyne na rynku Avantgarde'y, które swobodnie mieszczą się w przeciętnej wielkości polskim mieszkaniu.

Zero TA XD to, jak teraz młodzież powiada, MUST HAVE SEZONU!

Werdykt: Avantgarde Zero Tail Activ XD

★★★★★ Świetne wykonanie i powalający wygląd w połączeniu z możliwościami technicznymi i brzmieniem czynią ten model urządzeniem prawie doskonałym. Prawie, bo najprawdopodobniej producent i tak coś poprawi za jakiś czas. Taki dźwięk, które tylko z Avantgarde'ów da się usłyszeć. Jeśli macie ochotę na wrażenia z gatunku niezapomniane, to te kolumny są absolutnie doskonałym wyborem