Cary PH-302 mk II

Cary PH-302 mk II Test

Testujemy lampowy przedwzmacniacz gramofonowy amerykańskiej firmy Cary Audio

  • Data: 2016-12-12

Gramofon jest dla mnie podstawowym, referencyjnym źródłem w systemie. Znakomity J.Sikora Basic w maksymalnie upgrade'owanej wersji z ramieniem Schroeder CB i wkładką AirTight 3 to źródło po prostu fantastyczne. Dlatego też aż się prosi o testy przedwzmacniaczy gramofonowych, tym bardziej że posiadany przeze mnie bateryjny ESELabs Nibiru towarzyszy mi już od wielu lat. Do tej pory nie znalazł pogromcy wśród urządzeń w relatywnie rozsądnej cenie. Bezwzględnie lepsze były wszystkie trzy phonostage'e AudioTekne, tyle że najtańszy spośród nich to koszt rzędu 25 tys. euro, więc odpada. Zdecydowanie lepszy okazał się także Allnic Audio H-3000, ale to też produkt za kilkanaście tysięcy euro. Co ciekawe, wszystko to urządzenia lampowe, więc najchętniej wśród właśnie takich znalazłbym godnego następcę mojego obecnego przedwzmacniacza (który sam lampowy bynajmniej nie jest). Cary Audio PH-302 mk II wydał mi się ciekawą propozycją. Urządzenie to jak najbardziej lampowe, włącznie z lampowym prostownikiem, obsługuje wkładki MM i MC, jest proste w obsłudze, nie kosztuje majątku (porównując z konkurencją) no i pochodzi od renomowanego producenta. Poprosiłem więc o egzemplarz do testu polskiego dystrybutora, firmę Audio System, i wkrótce potem otrzymałem przedwzmacniacz w czarnej wersji kolorystycznej (do wyboru jest też ze srebrną płytą czołową).

Cary Audio PH-302 mk II to całkiem spore, właściwie pełnowymiarowe urządzenie. Jego obudowę wykonano z aluminium, a front to płyta grubości 10mm. W pokrywie znajduje się duża ilość otworów wentylacyjnych, ponieważ urządzenie to, pracujące w klasie A bez sprzężenia zwrotnego, dość mocno się nagrzewa. Całość ustawiono na czterech solidnych gumowych (jak mi się wydaje) nóżkach. W dolnej części grubej frontowej płyty wyfrezowano rowek, w którym po lewej stronie umieszczono trzy hebelkowe przełączniki – włącznik, przełącznik między trybami MM/MC oraz przełącznik funkcji "mute". Po prawej natomiast znalazły się trzy diody sygnalizujące zasilanie, gotowość do pracy i włączoną funkcję mute. Po włączeniu urządzenia zapala się pierwsza dioda w kolorze czerwonym, a po dłuższej chwili, gdy urządzenie jest gotowe do pracy, zapala się kolejna, tym razem niebieska i dopiero wtedy można rozpocząć odsłuch.

Panel tylny jest także dość minimalistyczny. Są tam trzy zestawy gniazd RCA – osobne wejścia dla wkładek z ruchomym magnesem (MM) i ruchomą cewką (MC) oraz wyjście liniowe, zacisk uziemienia, pokrętło umożliwiające wybór jednej z sześciu wartości impedancji wejściowej, przełącznik uziemienia obudowy i gniazdo sieciowe. Jak zapewne Państwo już zauważyli, obsługa tego phonostage'a sprowadza się do podłączenia gramofonu do właściwych wejść (w zależności od używanej wkładki) – i tu sugeruję przyjrzeć się uważnie oznaczeniom gniazd, bo ich kolejność nie jest tak do końca intuicyjna – wyboru optymalnej impedancji wejściowej, no i oczywiście ustawienia przełącznika MM/MC na froncie we właściwej pozycji. Puryści mogą narzekać, że woleliby więcej ustawień do wyboru czy wejścia/wyjścia zbalansowane, ale 90–95% użytkowników możliwości oferowane przez to urządzenie absolutnie wystarczą. Możliwość wyboru impedancji wejściowej wydaje się główną różnicą użytkową w porównaniu z pierwszą wersją tego urządzenia, gdzie dla wkładek MM była ona automatycznie ustawiana na 47kΩ, a dla wkładek MC na 100Ω. W stopniu wstępnym PH-302 mk II pracują dwie lampy Tungsol 6SL7, kolejne dwie takie same znajdziemy w układzie pasywnej korekcji RIAA i stopniu wyjściowym. Na wejściach MC pracują transformatory wzmacniające Lundahla, LL9206. Stabilizowany zasilacz zbudowano wokół transformatora typu dual-core. W układzie pracuje prostownik 5AR4 marki Sovtec i kondensatory Nippon Semiconductor. Duża obudowa urządzenia pozwoliła optymalnie rozplanować jego wnętrze, co pozwala unikać interferencji pomiędzy poszczególnymi sekcjami.

Jakość brzmienia

Podłączając do systemu lampowy przedwzmacniacz, liniowy bądź gramofonowy, jedną z pierwszych rzeczy, których można się spodziewać, jest mniejszy bądź większy szum pochodzący z lamp (czasem brum) – to cecha właściwie utożsamiana z bańkami próżniowymi. Nie da się ukryć, że to się faktycznie zdarza, choć zwykle na poziomie, który w żaden sposób nie przeszkadza w odsłuchu. Phonostage Cary to jedno z tych urządzeń, po których podłączeniu do systemu w głośnikach nadal panuje cisza. To właściwie zawsze przekłada się na tzw. czarne tło – rzecz, z której często nie zdajemy sobie do końca sprawy, a która ma bardzo duży wpływ na jakość prezentacji. Dzięki tej cesze słyszymy po prostu więcej muzyki w muzyce, że tak powiem – na czarnym tle bowiem detale, nawet te najdrobniejsze, są pokazywane bardziej wyraziście i dzięki temu łatwiejsze do wyłapania, barwy są żywsze, lepsza jest też mikrodynamika i różnicowanie. Sam więc fakt owej ciszy w głośnikach, jeszcze zanim zacząłem grać pierwszą płytę, sugerował, że mogę się spodziewać interesującej prezentacji wysokiej klasy.

Nie wszystkie opisane wcześniej elementy były oczywiste od pierwszej odsłuchiwanej płyty, jako że zacząłem od jednego z moich nowych nabytków – pięknej muzyki elektronicznej Przemysława Rudzia z albumu "Music For Stargazing" wydanej przez Audio Anatomy. To niesamowicie klimatyczna muzyka, a Cary oddał jej nastrój wyjątkowo przekonująco. Trudno w tym wypadku mówić o naturalności brzmienia, ale bez dwóch zdań gładkość, płynność i bogactwo tonalne sprawiały, że słuchało się tego doskonale. Muzyka wciągała, relaksowała – rzec można, że brzmiała tak, jak można się spodziewać po dobrym urządzeniu lampowym, nieco ciepło, jednak bez sztucznego ocieplenia czy spowolnienia dźwięku. Nawet jeśli trudno tu było mówić o scenie jako takiej, źródłach pozornych, obrazowaniu itd., to i tak wrażenie bliskiego kontaktu z muzyką było niezwykłe, a zasługę w tej mierze można przypisać po połowie niezwykłej muzyce i Cary, który potrafił w tak przekonujący i wciągający sposób ją przedstawić.

Kolejną płytą, która wylądowała na talerzu, był "Prog Noir" tria Stick Men. To kawałek dość mrocznego, progresywnego rocka, który dał się ponownie wykazać preampowi gramofonowemu Cary umiejętnością budowania klimatu nagrania oraz pokazał swoje duże możliwości w zakresie dynamiki. Te zostały wsparte dobrze prowadzonym, punktualnym, choć delikatnie zaokrąglonym dołem pasma, który, co ważne, nie był na siłę rozciągany w dół. Ewidentnie postawiono tu na kontrolę, szybkość i zwartość (owo zaokrąglenie jest naprawdę minimalne) tej części pasma. PH-302 mk II zaserwował mi także odpowiednio drapieżną, mocną gitarę oraz ogólne (nieczęste przy takiej muzyce) wrażenie czystości i transparentności brzmienia. Nie jestem wielkim fanem takiej muzyki, ale, jak się okazuje, wynika to w jakiejś mierze ze zwykle słabej jakości nagrań, którą dobre systemy jasno pokazują, psując nieco przyjemność słuchania. Ten album akurat świetnie wydano, a i ludzie, którzy materiał nagrywali i masterowali, najwyraźniej wiedzieli, co robią i chcieli osiągnąć dobry efekt brzmieniowy. Cary natychmiast to wykorzystał, pokazał te nagrania mocno, z drive'em, energetycznie i czysto, sprawiając że przesłuchałem cały album z przyjemnością, a później nawet, ku własnemu zaskoczeniu, wracałem do niego kilkukrotnie.

Zachęcony tak dobrym brzmieniem muzyki rockowej sięgnąłem po kolejny nowy/stary nabytek przyniesiony do domu wprost z Audio Video Show. Mowa o starej płycie Marillion "Script For A Jester's Tear", którą kiedyś posiadałem, potem zniknęła z mojej kolekcji, a w czasie wystawy kupiłem ją sobie ponownie. To nagranie z czasów, gdy rocka nie nagrywało się najlepiej. PH-302 mk II, który, generalnie rzecz biorąc, oferuje delikatnie ciepłe, pełne, nasycone brzmienie, jakoś nie chciał tu nic poprawić. Pewnie wyniknęło to z tego, iż brzmienie samego albumu jest dość jasne, wyraźne, nawet momentami natarczywe, są sybilanty w głosie Fisha i Cary tak to właśnie pokazał. Bas jest całkiem twardy, szybki, ale nie schodzi zbyt nisko, średnica jest na tej płycie nieco odchudzona, za to góry jest tu dużo, ale niekoniecznie idzie za tym jej jakość. Wiele lampowych phonostage'ów, zwłaszcza z niezbyt wysokiej półki cenowej, wypełniłoby i ociepliło średnicę, delikatnie wycofałoby górę i dociążyło średni/wyższy bas, przez co płyta ta zabrzmiałaby zapewne przyjaźniej dla ucha. Tyle, że nie miałoby to wiele wspólnego z ideą hi-fi, czyli wysokiej wierności nagraniom. Cary, pomimo że jest delikatnie ciepły, oferuje neutralne brzmienie. Nie ma w nim często kojarzonej z lampowymi urządzeniami tendencji do upiększania rzeczywistości. Może zabrzmiało to ciut przyjaźniej niż na absolutnie neutralnych przedwzmacniaczach gramofonowych, ale była to co najwyżej minimalna modyfikacja, które nie ukrywała wad nagrania.

No dobrze, a może by tak dać szansę amerykańskiemu phono wykazać się w dobrych nagraniach akustycznych? Igła tym razem trafiła do rowka kolejnego nowego audioszołowego, kilka już razy przesłuchanego nabytku, płyty Vincenta Belangera i Anne Bisson. Tego pierwszego posłuchałem na żywo w pokoju Audio Note w czasie warszawskiej wystawy, tą drugą spotkałem (i jej posłuchałem) w czasie High-Endu w Monachium. Album "Conversations" to piękne analogowe granie uzupełnione wokalem pani Bisson. To w końcu było nagranie, które pozwoliło mi docenić wszystkie zalety płynące ze wspomnianego na początku czarnego tła. Każdy instrument czy wokal wypadał dzięki niemu barwnie, wyraziście, słychać było drobne zmiany w dynamice i barwie, a i dobry wgląd w fakturę każdego z nich podnosił realizm prezentacji. Teraz także nie było już wątpliwości, że – jak przystało na urządzenie lampowe – Cary buduje sporą (ale nie sztucznie rozciągniętą), trójwymiarową scenę i dość precyzyjnie ustawia na niej duże źródła pozorne. Te ostatnie rysowane były raczej grubą kreską, ale ponieważ były namacalne, miały masę, prezentacja wypadała realistycznie, przekonująco, z wokalistką z przodu i towarzyszącym zespołem nieco z tyłu. Co ciekawe, nie było tu mowy o wypychaniu pierwszego planu do przodu – wszystko rozgrywało się za linią kolumn, a mimo to łatwo było zidentyfikować się z muzyką, dać się pochłonąć nostalgicznemu klimatowi tego krążka. Instrumenty brzmiały bardzo naturalnie – szczególną uwagę zwróciłem na wiolonczelę Vincenta, której brzmienie pamiętałem jeszcze dobrze z występu w czasie AVS. I choć Cary tak dobrze wcześniej poradził sobie i z muzyką elektroniczną, i elektryczną, to jednak po tym odsłuchu byłem już przekonany, że to właśnie akustyczne granie jest jego naturalnym żywiołem.

Nie oparłem się chęci posłuchania z pomocą Cary kolejnej płyty, która wróciła ze mną z Audio Video Show 2016. Byłem jednym ze szczęśliwców, którzy trafili na prezentację wydawnictwa Sommelier Du Son, w moim przypadku było to na dodatek w pokoju firmy Göbel Audio, której systemów od kilku lat z ogromną przyjemnością słucham na każdej wystawie w Monachium. Prezentację prowadzili Birgit Hammer-Sommer i Dirk Sommer, twórcy Sommelier Du Son, odtwarzając fragmenty nagrań, które zrealizowali. Używali do tego taśm i magnetofonu Nagry, ale dla szerszej publiczności te same nagrania dostępne są na innych nośnikach, m.in. na winylach. Jednym z tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie, było nagranie live Michela Godarda zrealizowane w opactwie Noirlac w środkowej Francji. Dzięki uprzejmości Birgit i Dirka stałem się więc właścicielem tego wydania na czarnej płycie. Realizacja to po prostu genialna, a oddanie jej niezwykłości w pełnej krasie jest nie lada wyzwaniem dla systemu audio. PH-302 mk II poradził sobie z nim wybornie. Testowany przedwzmacniacz potrafił przekazać ogromną ilość detali, drobnych smaczków z elementami pozamuzycznymi włącznie, które w dużej mierze stanowią o realizmie tej realizacji. Potwierdziło się bardzo dobre różnicowanie zarówno w zakresie barwy, jak i dynamiki – to kolejne elementy, które składały się na magnetyczny urok tej prezentacji. Rewelacyjnie oddana została niesamowita akustyka miejsca, w którym dokonano nagrania – naturalny pogłos, wrażenie czy nawet pewność, że wszystko rozgrywa się w dużej przestrzeni, ogromna ilość powietrza wokół instrumentów w połączeniu z ich autentycznym brzmieniem – wszystko to sprawiało, że nie sposób było się oprzeć wrażeniu przeniesienia się tam, na dziedziniec klasztoru w środkowej Francji i obserwowania z bliska, jak powstaje ta piękna muzyka. To jedno z najlepszych nagrań, jakie posiadam w swojej kolekcji, a Cary nie pozwolił mi się przyłapać na jakichkolwiek wpadkach. Zagrał ten krążek nieco barwniej i bardziej ekspresyjnie niż mój Nibiru, acz jednocześnie nieco ustępował w zakresie rozdzielczości i czystości brzmienia prawie dwukrotnie droższemu Grandinote Celio mk IV, którego goszczę w domu od kilku miesięcy. Nie zmienia to faktu, że zagrał tę płytę tak, że aż ciarki chodziły mi po plecach.

Na sam koniec zostawiłem sobie kilka płyt z większą klasyką. Amerykański przedwzmacniacz nie miał żadnego problemu z bardziej złożonymi strukturami muzycznymi. Zagrał je czysto, transparentnie, z rozmachem i swobodą, pozwalając mi studiować nie tylko orkiestrę jako całość, ale i jej poszczególne sekcje. Doskonale radził sobie zarówno przy wielkim tutti orkiestry, jak i wtedy, gdy przychodziło do pianissimo possibile. To pierwsze potrafiło zatrząść meblami w moim pokoju, a drugie zachwycało, gdy późnym wieczorem na niskim poziomie głośności słyszałem ogromną ilość najmniejszych nawet detali. Na krążkach z moimi ulubionymi operami śpiewacy zawsze wychodzili na pierwszy plan, to brzmieniem ich głosów i talentem dramatycznym zachwycałem się w pierwszym rzędzie. Ale to orkiestra budowała klimat każdej w tych opowieści, pełniąc funkcję narratora, który się nie narzuca, ale bez którego opowieść nie ma sensu. PH-302 mk II bez zarzutu wywiązywał się ze swojej funkcji prawidłowego oddawania roli każdego z elementów przedstawienia, pilnowania tempa i nastroju, dbania, by łatwo było zapomnieć, że nie siedzę na widowni jednej z wielkich oper, a jedynie w fotelu, w swoim pokoju. A to ostatnie robił bardzo przekonująco, co dla mnie jest jednym z najważniejszych elementów każdej prezentacji serwowanej przez system muzyczny.

Podsumowanie

Spotkanie z PH-302 mk II potwierdza, że Cary Audio zasłużyło na swoją reputację klasowego producenta urządzeń lampowych. To przemyślany, bardzo dobrze wykonany przedwzmacniacz gramofonowy, który oferuje brzmienie z wysokiej półki. To połączenie lampowego czaru pełnej, bogatej, delikatnie ciepłej średnicy, przestrzennego, otwartego grania z dużą porcją iście amerykańskiej dynamiki i energetyczności. Wszystko to razem umiejętnie połączono, tworząc mieszankę, która miłośnikom czarnej płyty dostarczy mnóstwa radości płynącej z bliskiego, pełnego emocji kontaktu z muzyką. A przecież jest jeszcze jeden aspekt, o którym fani lamp już zapewne pomyśleli – zabawa bańkami próżniowymi może pozwolić nieco dopasować charakter brzmienia pod gust konkretnego użytkownika, a być może również uzyskać jeszcze bardziej wyrafinowane brzmienie. Jest to więc produkt na lata, bo nie dość, że oferuje wysoką klasę brzmienia, może współpracować z niemal dowolną wkładką (również z wysokiej półki), to na dodatek daje możliwość (w pewnym zakresie) wpływu na jego charakter. Czegóż chcieć więcej?

Werdykt: Cary PH-302 mk II

★★★★★ Granie z wysokiej półki łączące odrobinę lampowego ciepła oraz naturalności z dynamiką i czystością