iFi Audio Micro iDSD Black Label

iFi Audio Micro iDSD Black Label Test

Brytyjskie iFi Audio przebojem wdarło się na rynek kilka lat temu udowadniając, że dobrze grające urządzenia wcale nie muszą kosztować majątku

  • Data: 2017-09-05

Niemal wszystkie produkty z oferty iFi Audio to malutkie, na dobrą sprawę wręcz przenośne urządzenia, które można postawić gdziekolwiek, albo zabrać z sobą do pracy czy na wyjazd. Przynajmniej dopóki nie rozbuduje się poważnie systemu, bo i taką opcję ten producent przewidział, oferując np. bufor lampowy, oczyszczacze sygnału USB, lepsze zasilacze i inne akcesoria, które pozwalają jeszcze podnieść jakość brzmienia nadal bez wydawania kosmicznych pieniędzy. Choć wydawałoby się, że przy takiej ofercie trudno jest czymś klientów zaskoczyć, to Brytyjczycy robią to raz za razem. Przypomnę choćby śliczny i niezwykle funkcjonalny zestaw Retro, z wyglądu faktycznie bardzo stylowy i vintage'owy, ale funkcjonalnością zawstydzający niejedno supernowocześnie wyglądające urządzenie. Inny przykład to choćby wzmacniacz słuchawkowy z najwyższej półki, czyli PRO iCan zdolny do napędzenia właściwie każdych słuchawek dostępnych na rynku i nieodstający klasą nawet od najlepszych. I choć te ostatnie produkty trudno już nazwać tanimi czy nawet niedrogimi, to i tak na tle konkurencji są bardzo ciekawymi propozycjami.

Nieco mniej może pod względem designu (ale za to kolorem i funkcjonalnością owszem) zaskakującą propozycją jest wprowadzony w tym roku na rynek DAC, wzmacniacz słuchawkowy, a nawet przedwzmacniacz liniowy w jednym, iDSD Black Label z serii Micro. Nazwa już sugeruje, że urządzenie występuje w kolorze czarnym i od razu powiem, że wygląda znakomicie, acz zaznaczę też, że czarne urządzenia mają u mnie fory. Dodam jeszcze, że wszystkie napisy są w kolorze pomarańczowym i w ten sposób dostajemy naprawdę zabójczą (wizualnie) kombinację. To także najwyższy obecnie dostępny model w tej serii i... jednocześnie najdroższy. Trochę się przyzwyczaiłem, a i Państwo pewnie też, że gdy przychodzi do urządzeń iFi, to, z wyjątkiem wyżej wymienionych Retro i Pro, kosztują one zwykle między kilkaset a circa 1.500zł. Tu producent doszedł do sporej jak na jego produkty kwoty – 2.649zł, a przecież urządzenie, choć zmieniło kolor, z zewnątrz specjalnie od innych modeli się nie różni. Aby więc dowiedzieć się, skąd wzięła się ta cena, należy przyjrzeć się specyfikacji, a potem oczywiście posłuchać, bo przecież w naszej zabawie to jakość brzmienia jest (a przynajmniej powinna być) najważniejsza.

Zacznijmy od tego, co widać i co jest na papierze – wyglądu, parametrów i funkcjonalności. Podobnie jak w przypadku większości urządzeń iFi, w których z racji niewielkich rozmiarów wykorzystano niemal każdy centymetr kwadratowy powierzchni dla wejść/wyjść i manipulatorów, tak i tu nie od razu jest jasne, który koniec jest który. Wskazówką jest wyjście słuchawkowe i niewielki potencjometr. Przyjmijmy więc, że to właśnie front. Na nim oprócz wspomnianego wyjścia słuchawkowego na dużego jacka i regulacji głośności znajdziemy dwa małe przełączniki hebelkowe obsługujące dwie znane z wcześniejszych urządzeń tego producenta funkcje: Xbass+ (nazwa wyjaśnia chyba wszystko) oraz 3D+, która zwiększa przestrzenność odtwarzanego dźwięku. Pośrodku mamy jeszcze wejście liniowe 3,5mm, które umożliwia podłączenie wielu urządzeń (przede wszystkim przenośnych, choćby telefonów) wyposażonych w stosowne wyjście. Na drugim końcu, a więc w tyle urządzenia znajdziemy dwa cyfrowe wejścia/wyjścia – jedno to dwa, a właściwie trzy w jednym, czyli wejście optyczne i SPDIF koaksjalny RCA (oba cyfrowe). Dodatkowo gniazdo to, gdy sygnał do urządzenia trafia przez wejście USB, może służyć jako cyfrowe wyjście koaksjalne, a wówczas iDSD pracuje właściwie jako konwerter USB. Drugie to port USB, acz co ciekawe, jest to wejście typu A, a nie, jak to zwykle w DAC-ach, typu B (kwadratowe). Od razu uspokoję, że w zestawie znajdziecie i stosowny kabelek, i kilka przejściówek, więc nie zostaniecie na lodzie, acz jeśli posiadacie już jakiś wypasiony kabel USB A–B i uprzecie się, by go używać, to bez przejściówki, która jednak zwykle nieco pogarsza jakość brzmienia, się nie obejdzie. Między tymi dwoma cyfrowymi wejściami umieszczono klasyczne, analogowe wyjście liniowe na gniazdach RCA – wraz ze wspominaną regulacją głośności daje ono dodatkową funkcjonalność – przedwzmacniacza liniowego. Co ciekawe, choć to przecież (relatywnie) niedrogie urządzenie, producent zadbał o taki drobiazg, jak plastikowe kapturki na złącza RCA (analogowe i cyfrowe). Ciekawe czemu producenci wielokrotnie droższych urządzeń nie są w stanie wydać kilku centów na podobne rozwiązanie.

Omówiliśmy przód i tył, czyli mamy już wszystko? Otóż nie. iDSD Black Label to urządzenie z zasilaniem bateryjnym. W środku umieszczono akumulator litowo-polimerowy o pojemności 4.800mAh. Nie dostajemy osobnego zasilacza, ale dzięki załączonej przejściówce akumulator można ładować, używając np. ładowarki do telefonu bądź gniazda USB komputera. Jak długo urządzenie pracuje na baterii? To zależy przede wszystkim od dwóch elementów. Po pierwsze od tego, jak trudne do napędzenia słuchawki do niego podłączymy – przy łatwych można liczyć nawet na 12 godzin pracy (przy trudnych może to być ok 6 godz.). Po drugie od tego, jak głośno będziemy słuchać. Tak czy owak, dzięki temu rozwiązaniu jest to urządzenie już całkiem przenośne, które można ze sobą zabrać poza dom i co najmniej kilka godzin słuchać bez ładowania. Dzięki kolejnemu portowi, USB na prawym boku, iFi może posłużyć również do naładowania telefonu – fajny bajer. Na lewym boku umieszczono natomiast trzy przełączniki. Jednym dopasowujemy moc wyjściową do podłączonych słuchawek. Tryb Eco przeznaczony jest dla wysokoskutecznych dokanałówek (i powinien zapewnić najdłuższe działanie), Normal jest przeznaczony dla średnioskutecznych nauszników, a Turbo dla wyjątkowo trudnych do napędzenia. Kolejny przełącznik to zmiana polaryzacji sygnału wyjściowego, a trzeci umożliwia wybór filtrów cyfrowych – do wyboru są trzy, dwa z nich analogowe i jeden cyfrowy. Na spodzie urządzenia umieszczono dwa kolejne przełączniki. Jeden z nich pozwala użytkownikowi wybrać, czy sygnał na wyjściu analogowym jest regulowany, czy stały (w tym drugim przypadku pomijana jest regulacja głośności, a na wyjście trafia maksymalny sygnał). Drugi przeznaczony jest dla użytkowników IEM (słuchawek dousznych) i pozwala im dobrać moc wyjściową do skuteczności używanych słuchawek.

Wrażenie robi specyfikacja wejścia USB, które akceptuje sygnały DSD 512/256/128/64 oraz PCM 768/705,6/384/352,8/192/176,4/96/88,2/48/44,1kHz. Wszystko to w trybie natywnym, co potrafi jedynie bardzo niewielka liczba DAC-ów dostępnych na rynku i to niezależnie od ceny. Wejście "combo" RCA/optyczne akceptuje sygnały PCM do 24bit/192kHz. Rzut oka do wnętrza urządzenia wyjaśnia, jak osiągnięto tak wypasioną specyfikację. Otóż w środku pracują najnowsze kości (po jednej na kanał) DAC marki Burr Brown. Aby zminimalizować jitter, zastosowano superprecyzyjny zegar femto, pierwotnie opracowany dla high-endowych odtwarzaczy płyt kompaktowych AMR (a to, dla przypomnienia, firma-matka iFi), które to rozwiązanie nosi nazwę AMR Global Master Timing. W sekcji analogowej zamiast klasycznych układów scalonych zastosowano wykonywane na zamówienie niemieckie układy OV2627 i stabilizatory napięcia dla przetworników, OV2028. Zadbano także o zasilanie, wykorzystując w nim świetne kondensatory elektrolityczne Sanyo Os-Con.

W tym, co można zobaczyć, oglądając iDSD BL, zaglądając do jego środka i specyfikacji, można już znaleźć przyczynę nieco wyższej niż zwykle ceny w przypadku tego producenta. Pod warunkiem oczywiście, że wszystko to przekłada się na brzmienie odpowiedniej klasy. Pozostało więc posłuchać. W czasie testu korzystałem przede wszystkim z moich Audeze LCD3, ale także z Sonorusów VI Finala, słuchawek dousznych Heaven VII tej samej marki oraz testowanych równolegle HiFiManów Edition X.

Jakość brzmienia

Jak wspomniałem, głównymi słuchawkami w czasie testu były moje LCD3. Z nimi najlepiej sprawdzał się tryb "turbo". Choć teoretycznie na "normal" także nie musiałem specjalnie mocno odkręcać głośności, to jednak "turbo" dawał najbardziej swobodny dźwięk, z największym zapasem dynamiki, że tak to ujmę. Co do filtrów sprawa nie była dla mnie tak oczywista (tzn. wyboru najlepszego), acz w 95% przypadków sprowadzał się on do jednego z analogowych. Na jednych płytach, przede wszystkim akustycznych, wolałem filtr DSD, na innych (czyli głównie elektrycznych) DXD. To nie jest bynajmniej sugestia dla Państwa, a jedynie opis moich wrażeń. Ponieważ zmiana filtrów jest bardzo łatwa i daje łatwe do wychwycenia efekty, można dla każdej płyty znaleźć najlepszy dla siebie wybór.

Pliki DSD kojarzą mi się (i wielu osobom) z wyjątkowo analogowym brzmieniem muzyki cyfrowo zapisanej. Nazwa iDSD jest więc nieprzypadkowa i związana nie tylko z możliwością natywnego odtwarzania tego formatu. Black Label gra bowiem w sposób, który najprościej można opisać jako właśnie wyjątkowo analogowy. Dźwięk z plików zarówno PCM, jak i DSD właściwie niezależnie od rozdzielczości jest nasycony, gładki, lekko ciepły i niesie ze sobą dużą ilość informacji. Specjalnie nie piszę o detalach, bo nie jest to urządzenie, które nazwałbym wybitnie detalicznym. Stawia zdecydowanie bardziej na spójność i płynność całej prezentacji niż na eksponowanie szczegółów. iFi nie ma analitycznego zacięcia, ale nawet ("nawet" z racji jego ceny mocno odbiegającej od topowych słuchawek) z tak drogimi słuchawkami, jak LCD3 czy Edition X potrafi pokazać kompletną, pełną, gęstą prezentację. Ilość informacji jest w tym dźwięku bardzo duża, ale żeby studiować technikę grania wybranego muzyka, albo zajrzeć w głębsze warstwy złożonej muzyki symfonicznej, trzeba wysilić się nieco bardziej, jak w przypadku topowych wzmacniaczy słuchawkowych, np. przetestowanego w tym wydaniu WooAudio WA-22 lub innych, jak Ayon HA-3 czy Bakoon HPA-21. Pytanie – czy to źle? Przecież gdy siedzimy na koncercie, to raczej nie ma mowy o audiofilskiej analityczności. Chłoniemy muzykę jako całość, jej energię, zawarte w niej emocje, atmosferę, jaką budują muzycy. A to wszystko mocne strony testowanego malucha.

Rzecz w postawieniu akcentu, niewielkiego, ale jednak, w rejonach niższej średnicy i wyższego basu. To właśnie sprawia, że muzyka brzmi gęsto, że dźwięki wielu instrumentów, ale i wokali są nasycone, pełne. Słychać to doskonale na mocnym, gitarowym graniu, powiedzmy Led Zeppelin czy Steviego Raya Vaughana, ale i na akustycznym "Friday Night in San Francisco" Ala di Meoli, Paco de Lucii i Johna McLaughlina. Elektryczne gitary mają mięcho, kipią energią, a w przypadku Steviego ten maluch iFi bez problemu nadążał za szybkimi palcami bluesowego mistrza. Ani nagrania Zeppelinów, ani SRV nie należą do audiofilskiego kanonu, jest w nich sporo rockowego brudu, pojawiają się ostrości, chropowatości, które są tak naprawdę częścią tej muzyki. Z odsłuchu (w swoim czasie) Chorda Mojo pamiętam, że jego nieco jaśniejszy, bardziej analityczny charakter sprawiał, iż po takie nagrania sięgałem niechętnie, bo ich niedoskonałości były bardzo oczywiste. iDSD ma nieco niżej osadzony balans tonalny, mocniej nasycony środek i zero tendencji do podkreślania słabości odtwarzanych kawałków. Nawet nie chodzi o ich ukrywanie, bo one tam cały czas są, tyle że nie na pierwszym planie. Szorstkość czy rozjaśnienia na górze pasma nie gryzą w uszy, sybilanty w wokalach nie przeszkadzają, nawet kompresja tak często w przesadnym stopniu stosowana w realizacjach rockowych nie przeszkadza (a przynajmniej mniej niż zwykle). Uwaga słuchacza skupia się raczej na wysokiej energetyczności grania, na bardzo dobrym prowadzeniu rytmu i tempa, na dobrym różnicowaniu basu, który, zwłaszcza po włączeniu funkcji Xbass+, robi bardzo dobre wrażenie, potrafi zejść całkiem nisko i nieźle tam przyłożyć. Wokale mają właściwą sobie charyzmę, gitary krzeszą ogień, a perkusja i gitara basowa dbają o puls takich nagrań. Co ważne, wszystko to jest podane w bardzo spójny sposób i słucha się tego po prostu bardzo dobrze.

Gdy przychodzi do akustycznego grania, łatwo zauważyć, że i takie elementy, jak rozdzielczość, selektywność, płynność grania są zaskakująco mocnymi stronami brytyjskiego urządzenia. Jasne, że nie dorównują temu, co pokazują najlepsze DAC-i i wzmacniacze słuchawkowe. Zestawienie mojego LampizatOra Golden Atlantic z np. wspominanym już WooAudio Wa-22 było wyraźnie lepsze w każdym z tych aspektów, ale to nie zmienia faktu, że to, co udało się inżynierom iFi uzyskać z tak niewielkiego urządzenia oferowanego za, relatywnie, rozsądną cenę, jest po prostu niezwykłe. Na wspomnianym fantastycznym koncercie trzech gigantów gitary iDSD BL, wsparte funkcją 3D+ (z której z przyjemnością korzystałem właściwie cały czas), świetnie przestrzennie poukładało trzy gitary na sporej, pełnej powietrza scenie, oddało udział doskonale bawiącej się publiczności i samych muzyków, którzy ewidentnie znakomicie się ze sobą czuli. Nawet różnicowanie gitar i odmiennych stylów grania trzech wirtuozów nie stanowiło dla iFi problemu. Każda z nich brzmiała naturalnie, swobodnie, nie brakowało wybrzmień, a i z oddaniem indywidualnych, momentami piekielnie szybkich popisów testowane urządzenie radziło sobie bez trudu.

Podsumowanie

Jak już zaznaczyłem, nie jest to urządzenie idealne. Z najlepszymi wzmacniaczami słuchawkowymi bas schodzi niżej i jest jeszcze lepiej definiowany, a i w zakresie dynamiki nie jest to jeszcze ostatnie słowo. Wysokie tony da się pokazać z większą energią i blaskiem, a średnica może być jeszcze bardziej namacalna i aksamitna. Ale należy podkreślić, że żeby to uzyskać, trzeba wydać kilkanaście tysięcy na jeden z wymienionych wyżej wzmacniaczy słuchawkowych i najlepiej drugie tyle na źródło wysokiej klasy. To, co inżynierom iFi udało się zaoferować za tę cenę, jest niezwykłe i godne równie dużego szacunku, jak osiągnięcia twórców produktów kosztujących 10 razy więcej. Wystarczy właściwie zwykły laptop (część testu wykonywałem w trakcie urlopu i właśnie "lap" był moim źródłem), słuchawki powiedzmy klasy Finali Sonorus VI (wiem, że one kosztują więcej niż iFi, ale iDSD zasługuje na słuchawki tej klasy) i dostajecie system, który jest już wstępem do high-endu. Dźwięk jest gładki, spójny i naturalny, ale i przestrzenny, otwarty, energetyczny, mocny, z dużą ilością informacji i bardzo dobrym pace&rhythm. Z przyjemnością całymi godzinami można słuchać właściwie wszystkich gatunków muzycznych, nawet tych nie do końca audiofilsko zrealizowanych, bo iFi nie będzie się nad takimi znęcać, skupiając uwagę słuchacza na wartości artystycznej.

Funkcjonalność Black Label jest również po prostu bajeczna – od natywnego odtwarzania nawet najgęstszych formatów PCM i DSD, przez świetnie spełniające swoją funkcję opcje 3D+ i Xbass+, po możliwość dopasowania wzmocnienia do konkretnych słuchawek z bardzo czułymi dokanałówkami włącznie. A przecież dochodzi do tego jeszcze zasilanie bateryjne, które sprawia, że iDSD można zabrać ze sobą wszędzie, a dodatkowo naładować za jego pomocą telefon. Jakby tego było mało, można go wykorzystać również w dużym systemie jako przedwzmacniacz dla źródła analogowego bądź dla cyfrowych jako DAC-a, a nawet jako konwerter USB. I to wszystko w postaci malutkiego, bardzo ładnego, metalowego pudełeczka kosztującego jak na dzisiejsze czasy niewiele. Wow! Jestem pod dużym wrażeniem i polecam odsłuch nie tylko fanom słuchawek. Warto po pierwsze usłyszeć, jak to urządzenie potrafi zagrać, a po drugie jak dużo można zaoferować klientowi za taką cenę. Inne marki mogłyby się tego od iFi nauczyć!

Werdykt: iFi Audio Micro iDSD Black Label

★★★★★ Świetne brzmienie, wygląd i ilość funkcji, która nie powinna się zmieścić w tak małym urządzeniu