MEE audio Pinnacle P1

MEE audio Pinnacle P1 Test

Testujemy adresowane do audiofilów dokanałowe flagowce amerykańskiej marki MEE audio – Pinnacle P1

  • Data: 2017-10-05

Zejście na ziemię po przetestowaniu słuchawek Audeze iSINE20 (zob. recenzję w nr. 7–8/17) nie było łatwe – to zdecydowanie najlepsze dokanałówki, z jakimi miałem do czynienia i jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że mógłbym trafić na coś lepszego. Obawiam się, że Audeze zbyt wysoko zawiesiło poprzeczkę, choć obecność w ofercie tego producenta modelu LCDi4 dowodzi, że nie jest to jeszcze ostatnie słowo, jeśli chodzi o tego typu konstrukcje. Tyle, że to już zupełnie inna półka cenowa (przypominam, że wyceniono je na dwa i pół tysiąca dolarów), a przecież nawet iSINE20 do tanich nie należą. Osoby ze skromniejszym budżetem nie powinny jednak załamywać rąk, bo przecież na rynku nie brakuje tańszych i ciekawych propozycji innych firm. Jedną z wyróżniających się jest amerykańska MEE audio, działająca od 2005 roku. Pierwszy człon nazwy może wydawać się nieco dziwny, ale jest to po prostu akronim od Music is Enjoyment for Everyone (muzyka jest przyjemnością dla wszystkich) i przy okazji credo założycieli firmy. Jej oferta licząca w chwili obecnej ponad 50 modeli różnego rodzaju (zarówno przewodowych, jak i bezprzewodowych; dokanałowych, nausznych i wokółusznych) robi bardzo dobre wrażenie, a ponadto przyciąga umiarkowanymi cenami. Dość powiedzieć, że opisywane tu Pinnacle P1 są najdroższe w grupie przewodowych dokanałówek. Niespełna tysiąc złotych to oczywiście nadal sporo jak na tego typu konstrukcje, ale w porównaniu z takimi iSINE20 wygląda to już znacznie lepiej, prawda? Wykorzystane materiały i jakość wykonania P1, podobnie jak wyposażenie tego modelu wzbudzają zaufanie i rodzą naturalne pytanie o jakość ich brzmienia. A zatem do dzieła!

Budowa i konfiguracja testowa

Ergonomicznie wyprofilowane obudowy modelu P1 wykonano z dwóch elementów odlanych ze stopu cynku i ładnie obrobiono mechanicznie. Choć słuchawki nie należą do najlżejszych, to nie ma się czego obawiać – w uchu siedzą pewnie, nie przytłaczając ciężarem. W każdej komorze umieszczono po jednym przetworniku dynamicznym o średnicy 10mm napędzanym przez cewkę z pokrytego miedzią aluminium, pozłacanym złączu MMCX oraz tulejce w rozmiarze T200. Na zewnątrz wygrawerowano logo producenta, widać także maleńkie otwory bas-refleksu.

Kable dołączone do słuchawek odznaczają się bardzo dobrą jakością. Tworzy je elastyczna i przyjemna w dotyku plecionka, wolna od efektu mikrofonowego, zakończona pozłacanym kątowym jackiem 3,5mm i wtykami MMCX. Wersja "audiofilska", w przeciwieństwie do smartfonowej, nie ma mikrofonu i pilota. Sterownik jest wzorem prostoty – wyposażono go tylko w jeden przycisk – i działa zarówno z Androidem (sprawdzone na Samsungu Galaxy S7, v.7.0), jak i iOS-em (iPad2, v.9.3.5). Jedyne, do czego można się przyczepić, to zbyt dyskretne oznaczenie kanałów. Najlepiej rozpoznawać je "na dotyk", bo na plastikowym kołnierzu z gniazdem MMCX oznaczonym jako "R" jest maleńka, ale wyczuwalna wypustka.

Jeśli chodzi o wkładki (gumki i pianki), to także nie ma powodów do narzekań. Wiadomo, że dobór odpowiednich "tipsów" jest w przypadku konstrukcji dokanałowych kluczowy dla basu. MEE audio daje szeroki ich wybór, bo w komplecie jest aż sześć par gumek (zarówno z jednym, dwoma, jak i trzema kołnierzami), a ponadto trzy pary wkładek z pianki różniących się oczywiście wielkością. Przed zaaplikowaniem tych ostatnich należy ścisnąć je na końcu i delikatnie zrolować palcami, a potem przytrzymać w uchu kilka sekund do momentu, aż pianka się rozszerzy i utworzy szczelne wypełnienie. Wszystko to pokazano na grafikach w instrukcji obsługi, podobnie jak i to, w jaki sposób poprawnie umieścić P1 w małżowinie – jest to konstrukcja OTE (Over the Ear), przeznaczona do noszenia z kablem za uchem.

Na potrzeby testu Pinnacle P1 grały przede wszystkim z DAC-iem/wzmacniaczem słuchawkowym Questyle CMA400i (z wykorzystaniem dołączonej do słuchawek przejściówki na 6,3mm), podłączonym do komputera z Windowsem 10 Pro, Roonem i Fidelizerem. Głównym przenośnym źródłem dźwięku był smartfon Samsunga Galaxy S7 z aplikacją/odtwarzaczem Onkyo HF Player.

Jakość brzmienia

Brzmienie modelu Pinnacle P1 jest szybkie i zwinne, co wydaje się mieć bezpośredni związek zarówno z ilością, jak i jakością niskich tonów. Tej pierwszej może niektórym brakować. Projektanci tych słuchawek nie starali się raczej rozgryźć, jak uczynić niemożliwe możliwym i wtłoczyć w niewielkie obudowy kruszący skały fundament basowy, być może z obawy przed efektem "mięcha z in vitro". Z jednej więc strony ograniczenie basu jest tu słyszalne bardziej niż u konkurencji (choć nie określiłbym go mianem nieśmiałego czy lekkiego), innymi słowy tzw. ogólne wrażenie ciężkości jest słabsze, a z drugiej jakość niskich tonów jest bardzo dobra – kontury dźwięków instrumentów basowych są w pełni zadowalające, a rytm jest równie wyrazisty jak w modelach z wyższej półki cenowej (np. AKG N40 – zob. recenzję w nr. 9/17).

Z pewnością nie można też narzekać na dynamikę przekazu, która w połączeniu z selektywnością i wspomnianą wcześniej szybkością przeciwdziała zlepianiu dźwięku w jedną bezkształtną masę. Świetnie słychać to w rozpoczynającym nową płytę Stevena Wilsona "To The Bone" utworze tytułowym (FLAC 24/96) o stosunkowo gęstej fakturze, gdzie "pe-jedynki" zdołały ładnie odseparować partię harmonijki ustnej zagraną przez Marka Felthama, umieszczoną w miksie pod koniec nagrania w prawym kanale, na innych słuchawkach zagłuszaną w tym miejscu przez pozostałe instrumenty.

Barwy przekazywane przez Mee Audio Pinnacle P1 są wiarygodne, co w połączeniu ze wzorową czytelnością bardzo dobrze wpływa na odbiór muzyki. Pod tym względem błyszczy zwłaszcza średnica, dobrze zróżnicowana i pełna wyrazu, z przekonująco i wyraźnie brzmiącymi wokalami. Dzięki temu instrumenty nie tylko brzmią naturalnie, ale też śledzenie ich melodii jest wyjątkowo łatwe. Ale jest też druga strona medalu, bo P1 są w dużym stopniu neutralne, w związku z czym piętnują słabe nagrania, skupiając uwagę na średnich i wysokich tonach, gdzie obnażają wszelkie niedoskonałości realizacji.

Przechodzimy do, w mojej opinii, clou przedstawienia, czyli góry pasma. Bardzo efektownej, podanej ze swobodą i rozmachem, zwiewnej, otwartej i czystej. W pewnym sensie narzucającej się, w związku z czym można chyba powiedzieć, że P1 grają ogólnie nieco jasno, aczkolwiek owo narzucanie się nie ma nic wspólnego z natrętnym proponowaniem swojego towarzystwa. W brzmieniu blach na płycie "Soul of Things" Kwartetu Tomasza Stańki (FLAC 44/16) było słychać zarówno metaliczność, jak i delikatność – subiektywnie talerze powinny być nieco bardziej dociążone, ale wybrzmienia i rezonanse rekonstruowane przez słuchawki zostały oddane tak urzekająco precyzyjne i delikatnie, że można chyba na tę lekkość przymknąć oko. Zwłaszcza, że żywość i obecność blach połączone ze świetną przejrzystością pozwalają odsłonić sporą ilość detali, skupić uwagę na zmieniającej się barwie i wskazać rozmieszczenie poszczególnych talerzy w przestrzeni. Dodatkowo nienaganna selektywność pozwala śledzić to, co dzieje się na dalszych planach, jak podśpiewywanie pod nosem pianisty (Wasilewski) czy rozmaite dźwięki pozamuzyczne, szelesty, skrzypnięcia, chrząknięcia itp.

A co ze sceną? Określenie jej kształtu i konturów nie jest łatwe, bo Pinnacle P1 tworzą obrazy wewnątrz głowy, jednak czytelna separacja planów dźwiękowych daje poczucie niezłej głębi, a łatwo wyróżnialne, nienachodzące na siebie źródła sprawiają, że powstaje wrażenie dźwięku przestrzennego i specyficznej "dobrej" aury.

Podsumowanie

Mee Audio Pinnacle P1 cechują się brzmieniem żywym, otwartym, szybkim i rytmicznym. Nie są dla każdego, "basogłowi" będą szukać czegoś innego. Ale jeśli to nie ilość basu jest dla Was najważniejsza, to koniecznie włóżcie te słuchawki do uszu, bo taka rozdzielczość średnicy i finezyjna góra pasma to w tej cenie prawdziwa rzadkość.

Werdykt: MEE audio Pinnacle P1

★★★★★ Jeśli trafią w czyjś gust, to ciężko będzie znaleźć coś, co zapewni podobny poziom zadowolenia ze słuchania muzyki przy tak umiarkowanym (choć wcale nie takim znowu małym) wydatku