Pioneer SE-MHR5

Pioneer SE-MHR5 Test

Nowe słuchawki Pioneera SE-MHR5 udanie łączą lifestyle'owy charakter i wciągające brzmienie

  • Data: 2016-12-12

Pioneer powoli, ale konsekwentnie odbudowuje pozycję firmy, która liczy się ze zdaniem prawdziwych audiofilów. Świadczą o tym nie tylko takie urządzenia, jak np. recenzowany na łamach HFC&HC odtwarzacz sieciowy N-50A (zob. nr 5–6/2015), ale także przenośny odtwarzacz plików hi-res XDP-100R oraz topowe słuchawki tego producenta, model SE-MASTER1, wycenione na prawie 11 tys. złotych. Po kilkudziesięciu latach, jakie minęły od czasu, kiedy ta japońska firma wypuściła na rynek pierwsze słuchawki, obserwujemy jej odrodzenie w tym segmencie. Obecnie Pioneer ma w ofercie kilkadziesiąt modeli "nauszników", w tym kilka wyjątkowo ciekawych, jak np. niedawno wprowadzone do sprzedaży SE-MHR5, zdecydowanie zasługujące na to, by przyjrzeć się im z bliska.

Budowa

SE-MHR5 mają trochę młodzieżowy wygląd – efekt "na bogato" tworzą srebrne i miedziane wstawki imitujące metal, przełamujące dominującą czerń. Słuchawki niemal w całości wykonano z tworzywa sztucznego – fakt, że całkiem dobrej jakości. Stalowy jest pałąk, który w części środkowej, na stosunkowo krótkim odcinku obciągnięto ekologiczną skórą tak, że 2/3 jego długości pokrywają plastikowe prowadnice do regulacji. Tenże pałąk zakończono zawiasami (konstrukcja jest składana), do których przymocowano także okrągłe widelce utrzymujące muszle. Zewnętrzne części tych ostatnich ozdobiono płytkami ze spiralnymi żłobieniami i połyskującym logo Pioneera, a wewnętrzne zakończono grubymi, miękkimi padami z ekoskóry, które wraz z niewielką wagą całej konstrukcji zapewniają wysoki komfort noszenia. W obu muszlach od dołu umieszczono szczeliny przypominające porty bas-refleksów, choć warto zauważyć, że producent opisuje model SE-MHR5 jako "Fully Enclosed" (ang. całkowicie zamknięte). Kabel wpina się w lewą "puszkę", a specjalne zatrzaski zapobiegają jego przypadkowemu wyrwaniu. A propos kabla: Pioneer zasłużył na powszechne uznanie, ponieważ oprócz standardowego przewodu 3,5mm pasującego do smartfonów dołączył do swoich słuchawek kabel 2,5mm z czterema żyłami i wtykami 4P, który można wykorzystać ze specjalnymi wzmacniaczami o budowie symetrycznej. To bardzo rzadko spotykane "akcesorium" kupowane osobno może oznaczać całkiem spory wydatek, czasami dorównujący cenie samych słuchawek.

Producent ujawnił podstawowe informacje na temat zastosowanych w modelu SE-MHR5 przetworników: 40-milimetrowe jednostki, wykonane z materiału CCAW (Copper Clad Aluminium Wire), zapewniają szerokie pasmo przenoszenia w zakresie 7Hz–50kHz. Każdy przetwornik umieszczono w osobnej obudowie, dzięki czemu udało się zwiększyć wydajność basu. Podwójna komora poprawia również izolację, skutecznie odcinając słuchacza od hałasu, nie pozwalając jednocześnie dźwiękom przenikać na zewnątrz.

Jakość brzmienia

Równowaga tonalna SE-MHR5 jest niemal wzorowa: nie grozi nam ani nadmiernie rozbudowany, zbyt ocieplony bas, ani stłumienie średnicy, ani też przerysowana góra pasma. Rozdzielczość szczegółów i wrażenie separacji przestrzennej w średnicy są jednak tak dobre, że to na niej słuchacz skupia najwięcej uwagi. Znakomicie słychać poszczególne ścieżki wokali – w "The Wind" PJ Harvey śpiewa wysokim głosem i jednocześnie szepcze; raz to szept wyprzedza śpiew, by za chwilę "konspiratorski ton" ścigał się z wysokimi rejestrami. W tle tego nagrania sporo się dzieje, dominują różnego rodzaju efekty, rozmyte gitarowe przestrzenie, pogłosy i inne subtelności, które bez dobrej rozdzielczości potrafią z przekazu "wyparować". Słuchawki SE-MHR5 podłączone do Galaxy S7 Samsunga pokazały to wszystko jak na dłoni, a jednocześnie zachowały "zimną krew" – żaden ze składników dźwięku nie przytłumił pozostałych.

Wszystkich, którzy po przeczytaniu fragmentu "nie grozi nam (...) nadmiernie rozbudowany, zbyt ocieplony bas" skreślili SE-MHR5 ze swojej słuchawkowej listy, zachęcam do posłuchania na nich "Enter Sandman" Metalliki. Pierwsze pół minuty wystarczy, by zyskać pewność, że wszystko jest na swoim miejscu, a niskie składowe potrafią stworzyć naprawdę solidny, a nawet potężny basowy fundament. Udało się tu zaaplikować w pełni satysfakcjonującą głębię i rozciągnięcie niskich tonów, a jednocześnie uniknąć sztucznego przepychu – to zapewne efekt działania specjalnych tuneli w muszlach. Niedosytu nie budzi także szybkość basu, dzięki czemu przekaz nie wydaje się ociężały.

Przestrzeń też jest ciekawa, a to za sprawą wyraźnie zaakcentowanych pogłosów. Rzecz jasna efekt nie przypomina znanej z kolumn głośnikowych sceny rozciągającej się przed słuchaczem, niemniej w "kategoriach słuchawkowych" oddanie położenia pozornych źródeł dźwięku jest bardzo sugestywne. Łączy się to ze wspomnianą już, przekonującą separacją przestrzenną, która sprawia, że ładnie słychać, iż jedne źródła pozorne są bliżej, a drugie dalej, jak np. w utworze "Gaia" z płyty Gary'ego Peacocka "Now This" (FLAC 24/96).

I jeszcze słowo o górze pasma. Łączy ona pozorne sprzeczności: jest precyzyjna i delikatna,

łagodna i jednocześnie wyrazista. Pięknie było to słychać w utworze Paula Simona "Stranger To Stranger" (FLAC 24/96) z płyty pod tym samym tytułem. Pozbawione silnych kontrastów, najwyższe pasmo jest szlachetne i przypomina nieco wypolerowaną srebrną tacę: jest czytelne, zachowuje wszystkie szczegóły, ale nie drażni uszu surowością i brakiem ogłady.

Podsumowanie

Pioneer SE-MHR5 to bardzo interesujące słuchawki, oferujące dobrze zrównoważony, duży, efektowny i niepozbawiony szczegółów dźwięk. Do charakteru ich brzmienia pasuje określenie "szlachetne". Dzięki nim muzyki chce się po prostu słuchać.

Werdykt: Pioneer SE-MHR5

★★★★½ Bardzo harmonijne brzmienie, w którym nie brakuje ani mocy, ani szczegółów