Blumenhofer Tempesta 20

Blumenhofer Tempesta 20 Test

Testujemy kolumny niemieckiego Blumenhofera, które były sensacją ubiegłorocznego High End w Monachium

  • Data: 2016-05-17

Niełatwo znaleźć uniwersalne kolumny, które są w stanie zagrać z niemal każdym wzmacniaczem, nawet z lampowym SET-em niskiej mocy. Szukając takich wyjątkowych zespołów głośnikowych, warto sprawdzić ofertę niemieckiego Blumenhofera. Co roku po największej wystawie audio na świecie, monachijskim High Endzie, wymieniam się ze znajomymi (dziennikarzami, ale nie tylko) wrażeniami, ciekawymi znaleziskami itd. W ubiegłym roku jedną z marek, która pojawiała się najczęściej w tych komentarzach, i to niemal wyłącznie pozytywnych, był niemiecki Blumenhofer. Gwoli jasności – firma nie istnieje bynajmniej od roku, w poprzednich latach ich kolumny także pojawiały się na wystawie, ale to właśnie w roku 2015 najwyraźniej udało się przygotować prezentację tak dobrą, że zapadła w pamięć wielu osobom. Wśród tych osób zapewne znalazł się i pan Janusz Sobolewski z AudioSystemu, dzięki któremu kolumny trafiły do Polski.

Blumenhofer Acoustics to specjalista od kolumn tubowych. Oferuje kilka serii produktów – od najtańszej Fun, przez nieco droższą Tempestę, po Genuin i Giolę. Do testu trafił najwyższy model z serii Tempesta, oznaczony cyfrą 20 (od 20cm przetwornika nisko-średniotonowego). Sam producent na swojej stronie internetowej podkreśla, że to kolumny przeznaczone zarówno do wysokiej klasy systemów stereo, jak i kina domowego. Nie jest to może typowa propozycja do wielokanałowego zestawu kina domowego, bo sama seria nie obejmuje kolumny centralnej, ani subwoofera, ale w portfolio Blumenhofera można takowe znaleźć, a zapowiedziane są również głośniki efektowe. Bez problemu można zatem skompletować zestaw 5.1 czy 7.1 z produktów jednej marki, a więc pasujących do siebie charakterem brzmienia. Wracając do serii Tempesta, oprócz 20-tki niemiecki producent oferuje jeszcze dwa inne modele oznaczone numerem 17 – wyraźnie mniejszą podłogówkę oraz kolumnę podstawkową (oba z 17cm wooferem i tweeterem pracującym w falowodzie).

Testowana Tempesta 20 to całkiem spora, dwudrożna kolumna podłogowa – wysoka na niemal 120cm i ważąca 27 kg (sztuka). Nie jest to konstrukcja tubowa per se – i owszem, kompresyjny tweeter z mylarową membraną umieszczono w falowodzie, ale głośnik nisko-średniotonowy z membraną P2F obciążony jest bas-refleksem skierowanym do dołu (z wylotem na spodzie kolumny). Punkt podziału zwrotnicy ustawiono dość nisko, bo na 1200Hz. Obudowę wykonano z 25mm sklejki brzozowej i od środka dodatkowo wzmocniono. Cena kolumn zależy od rodzaju wykończenia – najtańsze są forniry standardowe, nieco droższe specjalne, a dla najbardziej wymagających przygotowano wersje premium. Całość postawiono na trzech regulowanych kolcach wkręcanych na końcu ramion i nóżki metalowego 'T' zamocowanego na spodzie kolumny. Ramiona 'T' wystają poza obrys kolumny, co znacząco zwiększa stabilność tej dość wysokiej konstrukcji. Jeśli nie stawiacie kolumn na grubym dywanie, to czynność tę lepiej wykonywać z pomocą drugiej osoby – kolumny są bowiem dość ciężkie, a kolce bardzo ostre, więc trzeba je ustawiać na podkładkach (ja użyłem Acoustic Revive). Dwie tylne nóżki/kolce od góry zakończono poręcznymi gałkami, co sprawia, że poziomowanie jest łatwe i wygodne. Z tyłu umieszczono solidne, podwójne gniazda głośnikowe. W komplecie znalazły się także zworki – nie są to kiepskiej jakości blaszki, ale porządne zworki wykonane z kabla. Między gniazdami głośnikowymi znalazły się dodatkowe gniazda, które można wykorzystać do podłączenia urządzenia również oferowanego przez Blumenhofera, służącego do linearyzacji impedancji basu. Według producenta jest ono szczególnie przydatne, gdy kolumny napędzane są wzmacniaczem lampowym (w czasie testu nie miałem owego urządzenia do dyspozycji). Wykonanie i wykończenie kolumn stoi na wysokim poziomie – design jest dość prosty, ale nie zmienia to faktu, że kolumny są ładne, nie robią wrażenia dużych, więc dość łatwo wkomponują się w niemal każdy pokój.

Jakość brzmienia

Skuteczność testowanych kolumn wynosi 92dB przy impedancji nominalnej wynoszącej 8Ω, zakładając więc, że przebieg tejże impedancji jest w miarę liniowy (nie ma większych spadków), nawet nie mając do dyspozycji owego urządzenia do linearyzacji impedancji basu, mogłem mieć nadzieję, że Tempesty 20 zagrają również i z moim 8W SET-em na lampie 300B (modyfikowanym ArtAudio Symphony II). Takie okazje trafiają się rzadko – moje, także pochodzące z Niemiec, Bastanisy Matterhorn należą do bardzo rzadkiego gatunku, którego przedstawiciele potrafią zagrać z każdym wzmacniaczem, zarówno z 2W lampą, jak i potężnym, kilkusetwatowym tranzystorem. No, ale one miały skuteczność na poziomie 100dB. Poza nimi i nielicznymi konstrukcjami dedykowanymi wzmacniaczom lampowym oraz ewentualnie kolumnami z aktywną sekcją basową znalezienie czegoś, co grałoby dobrze z lampą 300B, jest nie lada wyczynem. Skoro więc istniała choćby nadzieja, że Tempesty 20 mogą z Symphony II zagrać, musiałem spróbować. Zagrało, i to bardzo dobrze! Zwykle gdy podejmuję takie próby, a wzmacniacz nie daje rady kolumnom, słychać to przede wszystkim w zakresie niskich częstotliwości. Góra i średnica potrafią brzmieć pięknie – lampy Western Electric robią swoje – ale jeśli kolumny są zbyt trudnym obciążeniem, to basu (umownie) nie ma, albo jest, ale słabo kontrolowany. Trudno się więc dziwić, że to bas był tym elementem, na który zwracałem uwagę od pierwszych chwil odsłuchu. Może nie schodził aż tak nisko, jak z Matterhornami (które jednakże mają 15-calowy, papierowy woofer i dużo większą obudowę tubową), ale był całkiem szybki, zwarty i dobrze różnicowany. Nie słyszałem żadnego ograniczenia swobody reprodukcji niskich tonów, żadnych zniekształceń czy braków, które mogłyby wynikać z niewystarczającej wydajności mojego SET-a 300B. Bardzo dobrze wypadał np. kontrabas – naturalna barwa, dobre proporcje między strunami a pudłem, prawidłowe wybrzmienia, niezłe dociążenie jego dźwięku – wszystko to składało się na energetyczne, dynamiczne i dobrze różnicowane granie. Wyżej (w zakresie średnicy i tonów wysokich) lampa 300B włączała pełnię swojej magii, dając niezwykle płynny, gładki, nasycony i bajecznie kolorowy dźwięk. Co ciekawe, w brzmieniu można było zaobserwować dwie teoretycznie dość sprzeczne cechy – z jednej strony dźwięk można było nazwać ciepłym (zasługa lamp 300B WE), ale jednocześnie transparentność i otwartość stały na wysokim poziomie. Grało więc gęsto, ciepło, ale i przejrzyście, co wydobywało z nagrań pełne bogactwo detali i subtelności. Na samej górze pasma słychać było delikatne zaokrąglenie – znając dobrze swój wzmacniacz, wiedziałem, że to właśnie jego sprawka, a nie samych kolumn.

Z tej części testu wynika jasno, że Tempesty 20 wyróżniają się plastycznym i przestrzennym graniem. Budują dużą, wieloplanową scenę, którą kultowa trioda doprawiła szczyptą swojej magii, dając wrażenie niezwykłej wręcz otwartości i namacalności dźwięku. Znakomicie wypadał nie tylko wspomniany już kontrabas, ale właściwie każdy akustyczny instrument – organiczność i namacalność brzmienia, bogactwo harmonicznych, oddech, jaki towarzyszył każdemu z nich – wszystko to składało się na ten typ prezentacji, który sprawia, że człowiek zapomina o całym otaczającym go świecie, zatapiając się kompletnie w muzyce i towarzyszącym jej emocjom. A gdy jeszcze do tego dochodziły wokale materializujące się na wyciągnięcie ręki, iluzja uczestnictwa w muzycznym spektaklu była już niemal kompletna (niemal, bo przecież żaden system audio nie tworzy iluzji kompletnej). Ludzki głos to bowiem ten element, z którym każdy z nas jest najlepiej osłuchany, na który jesteśmy najbardziej wyczuleni. Jego naturalność najłatwiej jest więc ocenić, a co za tym idzie, jest ona kluczem do wspomnianej iluzji uczestnictwa w muzycznym wydarzeniu.

Posłuchałem również nieco muzyki rockowej – ja bawiłem się bardzo dobrze, bo niezależnie od systemu zawsze preferuję dobrą kontrolę i sprężystość basu ponad jak najniższe zejście i niekoniecznie dobrze kontrolowaną potęgę uderzenia. I tak właśnie zagrał to mój SET z Tempestami 20 – raczej szybko i dynamicznie, z niezłą kontrolą, niż potężnie z basem masującym wątrobę. Rzecz gustu oczywiście. Jeśli to właśnie rocka czy jakiejś elektroniki z tektonicznym basem słuchacie najczęściej, to raczej to zestawienie nie wchodzi w grę. Jeśli natomiast to tylko uzupełnienie jazzu, wokalistyki, klasyki (zwłaszcza małych składów), to myślę, że spokojnie pogodzicie się z utratą odrobiny potęgi brzmienia na rzecz naturalności i namacalności, jaką testowane kolumny z lampą 300B serwują. Porównując Tempesty 20 do Matterhornów (co cenowo jest jak najbardziej uzasadnione – to ta sama półka), ostatecznie dla siebie wybrałbym te drugie, które po prostu nieco więcej potrafią pokazać w zakresie najniższych częstotliwości, tyle że większość miłośników muzyki nie ma aż tak tolerancyjnych domowników, żeby takie wielkie, niezbyt urodziwe "szafy" postawić w salonie. Dla nich Tempesty 20 mogą być rozwiązaniem znacznie lepszym – potrafią grać dużym, pełnym, swobodnym dźwiękiem już nawet z SET-em na pojedynczej 300B (czyli ze wzmacniaczem o mocy 8W na kanał), a przy tym wyglądają o niebo lepiej i z ich akceptacją przez domowników problemu być nie powinno żadnego.

Testowane kolumny mogą grać, i to świetnie, nie tylko ze słabą lampą. Przekonałem się o tym, gdy w końcu porzuciłem magiczne lampy Western Electric na rzecz mojej "codziennej" recenzenckiej amplifikacji, składającej się z przedwzmacniacza lampowego ModWright LS100 i tranzystorowej końcówki mocy KWA100SE, a później jeszcze potężnej integry Musical Fidelity NuVista 800. Zmienił się nieco charakter brzmienia. Ani lampy w moim przedwzmacniaczu, ani nuwistory w 800-tce nie dały tak ciepłego i aż tak organicznego brzmienia. Teraz było ono bardziej neutralne tonalnie i równiejsze w całym paśmie (bo jednak 300B jakiś akcent na średnicy stawiały). Większa moc wzmacniaczy skutkowała jeszcze lepszą kontrolą i dociążeniem dołu pasma. Kolumny nie zaczęły schodzić niżej, ale bas się nasycił i dociążył, co tworzyło wrażenie większej potęgi brzmienia, a przez to i lepszego rozciągnięcia basu. Znacząco zyskała, już wcześniej przecież naprawdę dobra, dynamika. Słychać to było przede wszystkim w skali makro, a w mniejszym stopniu również i w mikro (tu już 300B była po prostu znakomita). Teraz muzyka rockowa miała już właściwy wykop, drive, a jeszcze pewniej prowadzony rytm sprawiał, że nawet nagrań z wyjątkowo słabo kontrolowanym basem dało się słuchać z przyjemnością. Nie mówię tu o maskowaniu wad nagrań czy problemach z ich różnicowaniem, ale raczej o umiejętności Blumenhoferów polegającej na kierowaniu uwagi słuchacza na to, co w danym nagraniu dobre. W przypadku płyty AC/DC tą dobrą stroną był zarówno punktualnie prowadzony rytm, znakomite gitarowe riffy Angusa Younga, jak i wyjątkowo czytelny wokal Briana Johnsona. Pewna kompresja towarzysząca większości tego typu nagrań została pokazana, ale jako niewiele znaczący element, nieprzeszkadzający w świetnej zabawie. W przypadku płyt U2 płaskość i suchość tych nagrań także przeszkadzały mi w mniejszym stopniu niż zwykle, bo uwagę skupiał wokal Bono czy świetna gitara Edge'a. Z dużą przyjemnością słuchałem teraz dużej symfoniki, bo Tempesty zagrały swobodniej, z większym rozmachem, świetnie układając w przestrzeni nawet tak duży i skomplikowany organizm, jakim jest orkiestra. Znakomicie wypadały nagrania choćby Floydów, Watersa czy Jarre'a, których twórcy bawią się efektami przestrzennymi – to bardzo mocna strona Blumenhoferów. Także przy zupełnie innej muzyce – operze "Carmen" z genialną Leontyną Price w roli tytułowej, ogromna przestrzeń sceny została oddana wzorcowo. Na pierwszym planie krążyło wokół siebie troje wokalistów i każde z nich można było wręcz wskazać palcem, a daleko w tle maszerowały chóry. Niewiele kolumn, które testowałem u siebie, potrafiło pokazać aż tak dużą głębię sceny, jak Tempesty 20, a niewiele więcej tak przekonująco oddawało przemieszczanie się źródeł pozornych po scenie.

Krótki odsłuch z Nu Vistą 800, topową integrą Musical Fidelity, pokazał, jak niesamowicie dobrze kontrolowanym, zwartym i sprężystym basem potrafią zagrać testowane kolumny (z wybitnym wzmacniaczem). Niewiele kolumn z bas-refleksem to potrafi – kolejny plus po stronie Tempest 20.

Podsumowanie

Blumenhofery Tempesta 20 należą do bardzo rzadkiego gatunku kolumn, które potrafią grać właściwie z każdym wzmacniaczem. Grały bardzo dobrze z 8W SET-em na lampie 300B, z ponad 100W tranzystorową końcówką mocy czy 330W wzmacniaczem Musical Fidelity – hydrydą z nuwistorami w sekcji pre. 8W wystarczyło, by zapewnić niezłą kontrolę basu, reszta pasma nasycona magią 300B brzmiała znakomicie, a gdy watów było znacznie więcej, skutkowało to bardziej neutralnym, jeszcze lepiej kontrolowanym brzmieniem. Nawet z gęstą, ciepłą triodą testowane kolumny grały czysto i przejrzyście, robiąc wrażenie piękną barwą, otwartością i dynamiką brzmienia. Z potężniejszymi wzmacniaczami kolumny prezentowały swoje nieco szybsze i bardziej energetyczne oblicze, dając radę nawet przy szaleństwach weteranów z AC/DC. Jasne więc jest, że to uniwersalne kolumny wysokiej klasy, choć zestawiałbym je raczej z ciepłymi systemami niż zimnymi chirurgami, bo z tymi ostatnimi może się zrobić za chudo i zbyt klinicznie. To jedne z nielicznych kolumn, które można kupić na lata – nawet jeśli za rok czy za pięć zmieni się nam gust i zamiast tranzystora zechcemy 8W SET-a, a może wzmacniacz w klasie A, to Tempesty 20 będą mogły pozostać w systemie, nadal ciesząc nasze uszy brzmieniem wysokiej klasy.

Werdykt: Blumenhofer Tempesta 20

★★★★★ Nie dość, że świetnie wykonane, nadzwyczaj muzykalne, to jeszcze zagrają z niemal każdym wzmacniaczem - czy to 8W SET-em, czy mocną, tranzystorową bestią


Pobierz aplikację Hi‑Fi Choice

Użytkowników tabletów Apple iPad oraz urządzeń z systemem Android zapraszamy do App Store lub Google Play w celu bezpłatnego pobrania zarówno aplikacji, jak i wszystkich wydań w atrakcyjnej szacie graficznej.

Download on App Store
Get it on Google Play
Jeśli korzystasz z komputera musisz zainstalować wtyczkę Adobe Flash Player 10.2.0 lub nowszą aby czytać wydania cyfrowe w atrakcyjnej szacie graficznej.