Fidata HFAS1-S10U

Fidata HFAS1-S10U Test

Testujemy japoński serwer muzyczny marki Fidata, model HFAS1-S10U

  • Data: 2017-09-05

Nawet najbardziej zatwardziali zwolennicy fizycznych nośników przekonują się, że i z plików można uzyskać co najmniej porównywalną jakość dźwięku pod warunkiem posiadania odpowiedniego sprzętu. Jednym elementem jest DAC z wejściem USB bądź LAN, drugim urządzenie, które do tych wejść wyśle sygnał odpowiedniej jakości. Do słuchania muzyki z plików przekonałem się dość dawno, a od czasu gdy posiadam DAC-i Łukasza Fikusa, najpierw BIG7, a teraz Golden Atlantica, stały się one moim głównym źródłem cyfrowym. To kwestia nie tylko wygody, ale i jakości brzmienia nieodbiegającej za bardzo od tego, po potrafi mój bardzo dobry zestaw analogowy. Mój system opiera się na NAS-ie pracującym w innym pomieszczeniu, wysyłającym pliki do zbudowanego wyłącznie do celów audio komputera PC. Ten jest całkowicie pasywny – żadnych ruchomych części (dysk z systemem WIN10, Roonem i Fidelizerem to SSD), zasilany zewnętrznym liniowym zasilaczem HDPlex. W środku pracuje karta JCAT Femto wsparta zewnętrznym bateryjnym zasilaczem Bakoona. Przed komputerem pracuje izolator optyczny LAN-u, a za nim Isolator USB JCAT. Nie jest to może najlepsza możliwa maszyna, jaką da się samodzielnie zbudować, ale za w miarę rozsądne pieniądze osiągnąłem bardzo dobre efekty. Na dobrą sprawę pośród testowanych do tej pory serwerów nie było takiego, którym bez wahania zastąpiłbym swojego PC-ta, bądź jego kombinacji z DAC-iem (w przypadku serwerów wyposażonych we własne przetworniki cyfrowo-analogowe). Do tego właśnie, własnoręcznie zbudowanego komputera porównywałem japońską Fidatę.

Nazwa HFAS1-S10U nie jest specjalnie łatwa do zapamiętania, więc w tekście będę się posługiwał raczej nazwą marki – Fidata, która należy do znanej firmy I-O DATA. Japońskie urządzenie to serwer muzyczny czy streamer stworzony przez czterech stosunkowo młodych ludzi. Jak czytamy na stronie firmowej, pan Yasunori Kitamura zajmował się planowaniem, pan Akiya Miyamoto stroną sprzętową (hardware'ową) projektu, designem zajmował się Shinichi Morita, a oprogramowaniem Yuji Minagawa. Testowany serwer posiada dwa wbudowane dyski SSD (850EVO Samsunga) o łącznej pojemności 1TB, na których można przechowywać i z których można odtwarzać pliki muzyczne. Wyposażono go w jeden port USB, który może służyć do wysyłania cyfrowego sygnału do DAC-a z wejściem USB. Z tyłu znajdziemy także dwa gniazda sieciowe (LAN), z których jedno umożliwia podłączenie urządzenia do domowej sieci, drugie natomiast daje możliwość wysyłania sygnału do przetwornika cyfrowo-analogowego wyposażonego w stosowne wejście. Gniazdo USB może być wykorzystywane również do podłączania zewnętrznego nośnika danych w celu odtwarzania i kopiowania plików bądź backupowania zawartości wbudowanych dysków. Trochę szkoda, że dostępny jest tylko jeden port, co uniemożliwia jednoczesne odtwarzanie muzyki z zewnętrznego nośnika USB i wysyłanie sygnału przez ten port do DAC-a. Obecnie ciągle jeszcze niewiele przetworników dysponuje wejściami RJ-45, choć fakt, iż udaje się często w ten sposób uzyskać nawet lepsze brzmienie niż przez USB, daje nadzieję, że takie wejście będzie coraz powszechniej stosowane. Jak wyjaśnił mi pan Sugimori, reprezentujący firmę poza Japonią, port USB jest źródłem zakłóceń i dlatego właśnie konstruktorzy, dla których absolutnym priorytetem jest jakość brzmienia, uznali, że jeden musi wystarczyć, acz najchętniej i jego by się pozbyli.

Japońskie urządzenie wykorzystuje nieco przerobioną wersję Twonky Serwera 7 pracującego na Linuxie. Do odtwarzania muzyki z gapless wykorzystuje protokół UPnP/DNLA lub Open Home. Urządzenie nie posiada własnego pilota, nie ma wyświetlacza ani żadnych, poza włącznikiem, manipulatorów. Do sterowania potrzebne jest więc podłączenie do domowej sieci (kablowe) oraz aplikacja (ja stosowałem Bubble UPnP, ale może to być równie dobrze np. Kinsky marki Linn) zainstalowana na urządzeniu przenośnym podłączonym do tej samej sieci. Producent osobno oferuje darmowe oprogramowanie o nazwie Magic Finder umożliwiające dostosowanie ustawień samego urządzenia. Ten soft dostępny jest teoretycznie na wszystkie platformy, acz wersja dla Windows nie chciała się na moim laptopie zainstalować (nie próbowałem nawet dochodzić dlaczego – zapewne problem jest do rozwiązania). Z wersją androidową na telefonie problemu nie było. Wśród opcji do wyboru jest np. tryb pracy gniazd LAN, które mogą pracować z prędkością 100MB albo 1GB, a możne je także całkowicie wyłączyć (każde z osobna). Jest tam również możliwość wyłączenia diod przy tych gniazdach (diody w jakimś, nawet jeśli tylko minimalnym stopniu wprowadzają zakłócenia, więc czemu się ich nie pozbyć?). Po wejściu w opcje okazuje się, iż Fidata ma na pokładzie AccuRip, więc podłączenie zewnętrznego napędu umożliwia ripowanie płyt CD do plików w formacie (do wyboru) WAV lub FLAC. W ustawieniach znajdziemy też opcje backupu istotne, jeśli muzyka jest przechowywana na wbudowanych dyskach, bądź wybór trybu RAID (bo dyski są dwa) i jeszcze wiele innych. Widać, że urządzenie jest przemyślane w najdrobniejszych szczegółach także od strony software'owej.

Budowa

Przyjrzyjmy się temu urządzeniu bliżej z zewnątrz. Forma jest bardzo prosta, ale elegancka, a wykonanie doskonałe, jak to mają w zwyczaju Japończycy dbający o nawet najdrobniejsze szczegóły. Obudowa jest wykonana z aluminium – cztery grube na dobry centymetr sztabki tworzą niewysokie ścianki boczne, front i tył, natomiast aluminiowa płyta przykrywa całość od góry, częściowo chowając się między bocznymi ściankami, a częściowo wystając ponad nie. To na dobrą sprawę jedyny element, obok małego, pojedynczego przycisku, któremu towarzyszy wielokolorowa dioda na froncie, łamiący regularność tego prostopadłościanu. Ciekawostką jest spód urządzenia – to ważąca ponad 2kg miedziana płyta. Ten materiał, mimo że nietani, jest często stosowany, choćby przez kultowe Kondo, jako doskonale ekranujący wrażliwe układy elektroniczne, a także bardzo dobrze tłumiący wibracje. Na tylnej ściance oprócz opisanych dwóch gniazd RJ-45 i jednego USB znajduje się wyłącznie gniazdo zasilania oraz schowany przycisk resetu urządzenia. Całość ustawiono na czterech (acz istnieje możliwość korzystania jedynie z trzech) antywibracyjnych nóżkach. Urządzenie ma kolor naturalnego aluminium, jest stosunkowo niewielkie (350×350×64mm) i waży zaledwie ok. 6 kilogramów.

Owa wspomniana wielokolorowa dioda na froncie pełni funkcję informacyjną – trzeba sięgnąć do instrukcji, by dowiedzieć się, co oznaczają poszczególne kolory. Od strony użytkowej należy zauważyć, iż Fidata potrafi odtwarzać – zarówno przez wyjście RJ-45, jak i USB – pliki PCM i DSD. Te pierwsze w rozdzielczości 16, 24 i 32 bitów o częstotliwości próbkowania od 44,1 do 385 kHz. Te drugie natomiast o częstotliwości próbkowania 2,8MHz, 5,6MHz i 11,2MHz (DSF i DFF). Tu pojawia się różnica między dwoma wyjściami – przez RJ-45 pliki DSD wyślemy w trybie natywnym, natomiast przez port USB w postaci DoP (czyli pliki DSD zapakowane w "kontener" PCM).

Wnętrze jest równie eleganckie. Przedzielono je w poprzek ekranem izolującym umieszczone z przodu dyski twarde od układów elektronicznych znajdujących się z tyłu. Za zasilanie odpowiadają dwa dedykowane 50W zasilacze TDK-Lambda. Wykorzystano w nich wysokiej klasy kondensatory elektrolityczne Nichicon Muse o dużej łącznej pojemności. Układ taktowany jest wysokiej klasy oscylatorem o niskich szumach fazowych. Porty są odseparowane galwanicznie od reszty układu transformatorami dopasowującymi. Masa w układzie jest prowadzona gwiaździście, czyli zbiega się w jednym punkcie. Na firmowej stronie można przeczytać, iż prace nad tym urządzeniem trwały kilka lat, by dopracować wszystkie możliwe aspekty serwera – wygląda na to, że się udało, choć potwierdzić ostatecznie mógł to dopiero odsłuch.

Jak, mam nadzieję, wynika z powyższego opisu, Fidata nie ma na pokładzie DAC-a – nie może więc być samodzielnym źródłem dla systemu, w którym przetwornika nie ma, bądź nie posiada on wejścia USB czy LAN. To wyłącznie albo transport plików umożliwiający ich wysyłanie z serwerów sieciowych bądź podłączonych lokalnie nośników USB do DAC-ów, albo, za sprawą wbudowanych dysków, rodzaj wyrafinowanego NAS-a, z którego sygnał cyfrowy wysyła się bezpośrednio do DAC-a bądź streamera z wbudowanym przetwornikiem.

Jakość brzmienia

Opis brzmienia tego urządzenia jest o tyle kłopotliwy, że ono samo przecież nie gra. To "jedynie" transport plików. Cudzysłów pojawił się nie przez przypadek. Osoby, które przetestowały trochę odtwarzaczy i transportów CD, dobrze wiedzą, jak duże różnice wprowadzają nawet same mechanizmy transportów odczytujących płyty. Ci, którzy bawili się plikami, również zapewne zdają sobie sprawę, iż ich odtwarzanie to coś więcej niż tylko kwestia przesyłu zer i jedynek. W moim przypadku przejście z laptopa na dedykowany, opisany na początku komputer było ogromnym krokiem naprzód w kwestii jakości dźwięku. Późniejsze niewielkie zmiany, takie jak dodanie izolatora USB, optycznego izolatora LAN-u, a nawet wymiana pierwszej generacji karty USB JCAT na nową dawały kolejne, może niewielkie, ale absolutnie warte inwestycji słyszalne zyski. Fidata to rozwiązanie dla tych, którzy szukają najlepszego brzmienia i uważają, że do tego potrzebny jest też najwyższej klasy, dedykowany transport plików. Popularne NAS-y, choć spełniają dobrze swoją funkcję, nie są urządzeniami dedykowanymi audio. Fidata została stworzona od podstaw właśnie z myślą o dostarczeniu przetwornikowi cyfrowo-analogowemu sygnału najwyższej jakości. Może więc i trudno mówić o jej brzmieniu jako takim, bo rzecz bardziej we wpływie na brzmienie, ale będę stosował ten skrót myślowy, bo tak prościej będzie się Państwu ten tekst czytać.

Jak więc brzmi testowany serwer? Ujmując rzecz najprościej jak się da – niesamowicie analogowo. Co właściwie oznacza owo trudne do zdefiniowania określenie? To połączenie cech znanych z płyt winylowych czy taśm magnetofonowych – gładkości, płynności, spójności i miękkiej naturalności z ogromną ilością informacji podanych w nieagresywny, nienachalny sposób. To brzmienie, które jest przyjemne dla ucha, w którym nic nie przeszkadza, nie drażni, którego można, a nawet chce się(!) słuchać godzinami bez najmniejszych nawet oznak zmęczenia. Prawdą jest, że w ostatnich latach za sprawą stworzenia rozwiązań wielu problemów trapiących od lat źródła cyfrowe (choćby kwestii jittera) klasa brzmienia odtwarzaczy CD i DAC-ów zdecydowanie się poprawiła, ale i tak nawet w porównaniu z topowymi odtwarzaczami srebrnych krążków ja zawsze wolę brzmienie gramofonu z wysokiej półki, bo jest... bardziej analogowe. To oczywiście kwestia pewnych preferencji, a nie obiektywnej wyższości jednego formatu nad drugim. Przywołuję to jedynie po to, by móc z przekonaniem stwierdzić, że Fidata niemal zatarła w moich uszach różnice między źródłem cyfrowym a analogowym i jest to jedna z największych pochwał, jaką źródło cyfrowe może u mnie uzyskać.

Jest jeszcze jeden bardzo ważny element prezentacji muzyki, w którym japoński serwer bryluje. W dużej mierze wynika on z tych wszystkich innych, opisanych powyżej. Gdy bowiem to, co słyszymy, jest tak przyjazne dla ucha, tak naturalne, aspekty techniczne, czyli jakość nagrania czy wydania schodzą na dalszy plan. Na pierwszy trafiają natomiast emocje. Muzyka to przecież forma sztuki, za pomocą której jej autorzy i wykonawcy wyrażają, czy przynajmniej starają się przekazać odbiorcom właśnie takie czy inne emocje. To najlepiej, moim zdaniem, robią nośniki analogowe. Pośród serwerów dobrze radzą sobie z tym urządzenia Lumina, w czym duża zasługa wbudowanych w nie DAC-ów. Świetne w budowaniu dramy są przetworniki LampizatOra, jeśli tylko dostaną sygnał odpowiedniej jakości. Fidata najwyraźniej to właśnie robi, nadając sygnałowi już na początku drogi ową nieco analogową sygnaturę wspartą wyrafinowaniem rodem z najlepszych źródeł cyfrowych i analogowych. Dźwięk jest gęsty, nasycony i w związku z tym nieco ciemniejszy niż np. z mojego PC-ta. Przy tym ilość informacji wydaje się jeszcze większa, co jest zasługą wyższej rozdzielczości i bardzo dobrego różnicowania.

Tak naprawdę poza ogólnym "analogowym", nieco ciepłym, odrobinę miękkim charakterem dźwięku największe różnice w porównaniu z moim komputerem wyłapałem na poziomie najdrobniejszych elementów prezentacji. To np. lepsze cieniowanie barwy – tak jakby na obrazie pojawiło się więcej odcieni tych samych kolorów. To doskonała mikrodynamika pozwalająca zarówno poszczególnym instrumentom, jak i wielkim, złożonym organizmom orkiestr symfonicznych brzmieć pełniej, swobodniej, w bardziej jeszcze realistyczny sposób. Owa swoboda dotyczy także skali makro – trudno mi to nawet zdefiniować, wskazać dlaczego tak było, ale faktem jest, że w czasie odsłuchów japońskiego urządzenia zaskakująco (dla mnie) dużo czasu spędziłem w klimatach nie tylko rockowych, ale i hardrockowych czy nawet metalowych. Ów nieco miękki, trochę wybaczający charakter brzmienia Fidaty częściowo to tłumaczy, ale składa się na to również np. bardzo dobry drive, dzięki któremu gitary elektryczne brzmią wyjątkowo dobrze. Także bardzo dobry timing połączony z barwną, dobrze różnicowaną i wystarczająco szybką prezentacją niskich tonów dokłada swoją cegiełkę. No i ta swoboda grania wszystkiego, co tylko sobie wymyśliłem, od Aerosmith po AC/DC, od Led Zeppelin po Pearl Jam, od Guardian Knot po Metallikę. Połączenie tych wszystkich cech odrobinę maskowało wady większości nagrań tego typu, a jednocześnie eksponowało ich zalety. Dorzućmy do tego bardzo autentycznie, czasem wręcz charyzmatycznie brzmiące rockowe wokale i dostajemy mieszankę iście wybuchową, która wciągnęła na kilka wieczorów nawet takiego fana muzyki akustycznej, jak ja.

Oczywiście dużo czasu spędziłem również z nagraniami instrumentów "bez prądu". Wrażenia były nie gorsze, a może i jeszcze lepsze niż wcześniej z kapelami rockowymi. Fidata poprawiła separację instrumentów, ich trójwymiarowość, namacalność, precyzję lokalizacji na scenie. Odnosiłem wrażenie, że na jeszcze większej, lepiej poukładanej scenie jest więcej powietrza, że wybrzmienia instrumentów są dłuższe, a i akustyka pomieszczeń grała nieco większą rolę. Nie były to różnice duże, ale przy każdym powrocie do mojego PC-ta boleśnie odczuwalne. Zwłaszcza w przypadku dobrze zrealizowanych koncertów, gdzie jeszcze łatwiej wsiąkałem w klimat (zwykle) niewielkich klubów, reagując na wydarzenia na scenie z nie mniejszym entuzjazmem niż otaczający mnie pozostali fani...

Podsumowanie

Pliki wkraczają śmiało do prawdziwie high-endowych systemów i są już w stanie zaoferować klasę brzmienia dorównującą innym nośnikom. Do tego potrzebny jest jednakże wysokiej klasy DAC, ale również i źródło, które dostarczy mu sygnał odpowiedniej klasy. Serwer Fidata HFAS1-S10U jest właśnie takim urządzeniem. Bez trudu pokazał mi słabości mojego PC-eta, naprawdę bardzo dobrze spisującego się w roli źródła dla LampizatOra, dowodząc, że da się to zrobić jeszcze sporo lepiej. A że twórcami są Japończycy, dopracowano każdy detal designu, konstrukcji, a także i software'u. No i skoro to urządzenie z Kraju Kwitnącej Wiśni, to po prostu musi brzmieć nadzwyczajnie muzykalnie, naturalnie i angażująco. I tak właśnie jest. Nie znam oczywiście wszystkich konkurentów obecnych na rynku, ale pośród tych, których miałem okazję słuchać, pod względem brzmienia Fidata jest po prostu najlepsza. To fantastyczne, choć niestety dość kosztowne urządzenie, które chętnie widziałbym we własnym systemie.

Werdykt: Fidata HFAS1-S10U

★★★★★ Znakomite urządzenie, które chętnie widziałbym w swoim systemie, umożliwiające uzyskanie prawdziwie high-endowego brzmienia z plików