Musical Fidelity M5si

Musical Fidelity M5si Test

Wzmacniacz zintegrowany M5si wypełnia lukę między dwoma bardzo udanymi konstrukcjami – tańszym modelem M3si i zdecydowanie droższym M6si

  • Data: 2017-01-17

Firma Musical Fidelity w ostatnich latach przeszła sporą restrukturyzację, która objęła także pion techniczny. Jednym z widocznych efektów tych zmian jest uporządkowanie oferty i przede wszystkim wprowadzenie nowych konstrukcji, które są teraz jeszcze bardziej charakterystyczne dla określonych serii. Po okresie dosyć dużego bałaganu w ofercie firmy, przyszło opamiętanie – brytyjski producent zrobił porządek w starszych konstrukcjach i, co ważniejsze, zaczął wprowadzać do sprzedaży zaprojektowane od nowa urządzenia, co przyniosło efekt w postaci wzrostu sprzedaży.

Seria M jest najważniejsza i to z nią Musical Fidelity wiąże największe nadzieje oraz zyski. Na łamach naszego pisma testowane już były zarówno tańsza, jak i droższa integra z serii M, a teraz przyszedł czas na "średniaka", czyli wzmacniacz zajmujący pozycję pomiędzy tymi dwoma modelami. Jest to zatem konstrukcja nawiązująca do najlepszych osiągnięć firmy, ale dostępna w atrakcyjnej cenie. Model M5si oferuje sporą moc wyjściową i jest klasycznym wzmacniaczem wyposażonym w stopnie końcowe w klasie AB.

Solidność i jeszcze raz solidność

Brytyjczykom nie można odmówić uporu, z jakim dążą do doskonałości, a widać to chociażby na przykładzie testowanego wzmacniacza. M5si łączy w sobie sprawdzone rozwiązania zamknięte w ładnie zaprojektowanej obudowie, cechującej się lekką formą i eleganckim wzornictwem. Można by rzec, że M5si, zresztą tak jak pozostałe wzmacniacze z tej serii, jest przykładem – niczym w pigułce – klasycznej tranzystorowej integry. Jeśli jednak przyjrzymy mu się bliżej, to dostrzeżemy, że brytyjski producent przykłada wielką wagę do detali i dobrego wyposażenia. Centralnie umieszczone pokrętło regulacji poziomu głośności dodaje urządzeniu charakteru, a drobne, ale precyzyjnie pracujące przyciski sterujące podstawowymi funkcjami, współpracujące z hermetycznymi przekaźnikami, dopełniają efektu hi-tech, z jakim spotykamy się w przypadku tego urządzenia. Bo Musical Fidelity taki właśnie jest, niby klasyczny, ale mimo wszystko na wskroś nowoczesny.

Po zdemontowaniu górnej pokrywy wyposażonej w kratki wentylacyjne wnętrze zwraca uwagę idealnym porządkiem – króluje tutaj klasyczny projekt połączony z nowoczesną technologią SMD. Brytyjski producent szczyci się tym, że dopracował do perfekcji montaż w technologii SMD i produkowane w Wembley urządzenia cechują się wysoką bezawaryjnością. Ale tak naprawdę nie chodziło tu tylko o samą bezawaryjność, ale przede wszystkim styl brzmienia oraz jego jakość. Montaż SMD pozwala wykorzystać przecież niewielkich rozmiarów elementy elektroniczne, zwłaszcza w kluczowych obwodach sygnałowych, co przekłada się na minimalizację impedancji, skrócenie drogi sygnału i stosowanie elementów biernych mikroskopijnych rozmiarów, cechujących się niższą indukcyjnością. W efekcie zarówno wzmacniacze, jak i odtwarzacze tego brytyjskiego producenta brzmią osobliwie, rzetelnie i przede wszystkim detalicznie. M5si jest takim złotym środkiem w ofercie serii M, ponieważ dysponuje muskularnymi końcówkami mocy (te wyposażono w dwie pary tranzystorów STDO3N + STDO3P marki Sanken na kanał), zaopatrywanymi w spore dawki prądu z magazynu układu zasilającego, bazującego na łącznie czterech dużych elektrolitach marki Jamicon o pojemności 10.000µF każdy. Prąd do nich jest z kolei dostarczany przez zintegrowane wysokoprądowe mostki prostownicze oraz sporej wielkości masywny transformator toroidalny, posiadający osobne odczepy dla sekcji wzmacniającej oraz przedwzmacniającej. Regulację napięcia trafiającego do stopni końcowych powierzono aktywnemu układowi, wobec powyższego potencjometr ślizgowy pełni tylko i wyłącznie funkcję sterownika, bo napięcie regulowane jest już w zupełnie innym obwodzie – tutaj użyto układu Burr Brown PGA23201. Dalej jest układ wejściowy obsługujący gniazdo USB oraz przedwzmacniacz gramofonowy. Konstrukcja jest prosta, solidna, dopracowana w detalach i charakteryzuje się perfekcyjnym montażem poszczególnych modułów i obwodów. Tranzystory mocy przytwierdzono do pojedynczego masywnego radiatora. Warto wiedzieć, że jest to wzmacniacz dual mono, zasilany ze wspólnego transformatora – po tego typu rozwiązanie sięga wielu innych producentów, jak chociażby Accuphase czy Hegel. M5si bazuje na dosyć rozbudowanym filtrze sieciowym, wyposażonym w aktywny system zabezpieczający, z tego też względu przyszły użytkownik nie musi przykładać aż tak wielkiej wagi do stosowania kondycjonera czy zabezpieczającej listwy sieciowej, co z ekonomicznego punktu widzenia może się okazać korzystnym rozwiązaniem.

Moc i rezerwa

M5si już na samym początku odsłuchu potrafi zaskarbić sobie sympatię ze względu na spory zapas mocy, a co za tym idzie wyczuwalną rezerwę związaną nie tylko ze swobodą grania przy różnych poziomach głośności, ale przede wszystkim stoickim spokojem w operowaniu rytmiką, nawet podczas odtwarzania najbardziej karkołomnych utworów. Album "Amarok" Mike'a Oldfielda, który bardzo często wykorzystuję w testach, zabrzmiał jak należy, przede wszystkim dzięki rzetelnie zaprezentowanej dynamice. Szybko narastające dźwięki w skali makro przeplatane drobnymi niuansami zostały odtworzone przez M5si bez najmniejszej zadyszki – szczególnie do gustu przypadł mi bas, ponieważ cechował się właściwą reakcją na zmieniający się rytm, ale też pożądaną głębią. Tutaj muszę jednak zaznaczyć, że Musical Fidelity operuje basem nie tyle oszczędnie, co właśnie dozuje go w ilościach adekwatnych do charakteru utworu. Dzięki takiemu stylowi grania wiele gatunków muzycznych brzmi wierniej, bardziej neutralnie i przede wszystkim z zachowaniem właściwej równowagi tonalnej. Musical Fidelity oferuje wysoką rozdzielczość grania, zwłaszcza w zakresie wysokich tonów i nie mam wątpliwości, że wpływ na to ma zastosowana technologia SMD (przekonałem się o tym również w przypadku innych urządzeń tej brytyjskiej marki), udanie zaimplementowana nie tylko we wzmacniaczach, ale i odtwarzaczach CD. M5si miał wypełnić lukę między takimi konstrukcjami, jak M3si oraz M6si i robi to nad wyraz udanie – chodzi przede wszystkim o to, że oferuje moc wyższą od podstawowego modelu, dzięki czemu pozwoli użytkownikowi napędzać zespoły głośnikowe wymagające większej mocy i wydajności prądowej. Musical Fidelity nie miał problemu z napędzaniem ani sporych trójdrożnych kolumn Altus 380 marki Tonsil, ani też Taga Harmony Diamond F-200. Zwłaszcza w przypadku tych drugich kolumn spore dawki prądu są mile widziane, aby poruszyć sztywno zawieszone basowe woofery. I z jednymi, i z drugimi zespołami głośnikowymi M5si zabrzmiał konturowo, ale wtedy, kiedy trzeba było, nie miał problemu z zejściem do najniższych partii zakresu niskotonowego. Muszę jednak zaznaczyć, że M5si porównywałem bezpośrednio z lampową integrą Octave V 110 SE i tutaj niemiecki wzmacniacz (Octave) pod względem zróżnicowania basu i jego barwy poszedł jeszcze dalej, co nie jest zaskoczeniem, kiedy porównamy ceny obydwu tych urządzeń. Niemiecka lampowa amplifikacja jest dużo droższa i byłbym zdziwiony, gdyby odtwarzany przez ten wzmacniacz bas był gorszej jakości, albo porównywalny z tym, co potrafi M5si. Z drugiej jednak strony gdyby porównać M5si z Heglem H80, to norweski wzmacniacz idzie jeszcze dalej pod względem neutralności i naturalności. A jeśli idzie o masę niskich tonów i ich konturowość, to obydwie integry prezentują podobny poziom. M5si jest wzmacniaczem o konstrukcji dual mono, a te, jak wiadomo, dysponują najczęściej bardzo dokładnie odwzorowaną stereofonią. I muszę przyznać, że nie inaczej jest w przypadku tej brytyjskiej integry – scena dźwiękowa rysowana jest szeroko, ale jednocześnie rzetelnie i z dbałością o odwzorowanie najdrobniejszych niuansów. W efekcie miłośnicy jazzu, a nawet klasyki z pewnością będą zadowoleni z precyzyjnego rozmieszczenia instrumentów na scenie. Zresztą podobnie jest z wokalami – podczas odsłuchu jednego z koncertów Diany Krall ujęła mnie naturalność, z jaką M5si oddał charakterystyczny śpiew tej znakomitej artystki jazzowej. Najważniejsze było to, że wokal nie ginął w przestrzeni i brzmiał wyraźnie, nie był maskowany gdzieś między instrumentami, ale bardzo ładnie współgrał z nimi, a to jest już cecha wzmacniaczy z wyższej półki cenowej.

Musical Fidelity jest taką swego rodzaju mieszkanką spokoju i kultury z siłą oraz mocą hi-endowej integry, ponieważ potrafi skupić się na detalach, oferując wysoką rozdzielczość brzmienia, a jednocześnie kiedy zajdzie taka potrzeba, bez problemu wyrzuci z siebie sporą ilość watów przy prawidłowo oddanej kontroli i to niezależnie od tego, z jakimi zespołami głośnikowymi przyjdzie mu współpracować. Jeśli idzie o barwę, to M5si stoi raczej na straży neutralności, oferując jej koloryt i temperaturę zgodną z zamysłem realizatora danego nagrania. Chociaż kiedy słuchałem muzyki klasycznej i etnicznej, to byłem skłonny twierdzić, że w dźwięku tej brytyjskiej integry pojawiały się swego rodzaju elementy gładkości i subtelności, ale zawsze przy zachowaniu temperatury barwy typowej dla danego instrumentu. Jeśli więc do głosu dochodziła trąbka, to miała ona w sobie tyle naturalnego ciepła, ile trzeba, z kolei talerze perkusyjne brzmiały nieco chłodniej, a akordeon znacznie cieplej. Generalnie Musical Fidelity zabrzmiał jak dobrze dopracowany tranzystorowy wzmacniacz, oferujący przede wszystkim sporą moc i elastyczność we współpracy z określonymi zespołami głośnikowymi.

Warto wiedzieć

Model M5si, tak jak i inne wzmacniacze serii M, bazuje na układzie dual mono. Oznacza to, że taki wzmacniacz stereo tak naprawdę składa się z dwóch monofonicznych wzmacniaczy (jeden dla lewego, a drugi dla prawego kanału) zasilanych ze wspólnego transformatora toroidalnego dużej mocy. Taka konstrukcja pozwala zminimalizować przesłuchy między kanałami i zniekształcenia. Poza tym sam układ zasilania mimo wspólnego transformatora zbudowany jest dalej jako typowy dla układu dual mono. Mamy więc osobne prostowniki dla każdego z kanałów, a także oddzielne baterie składające się z dużych kondensatorów elektrolitycznych magazynujących prąd dla stopni końcowych.

Podsumowanie

M5si jest wzmacniaczem, który zapewnia to, co powinna oferować integra za prawie dziesięć tysięcy złotych: detaliczne i rozdzielcze brzmienie poparte właściwie reprodukowaną dynamiką, niezależnie od skali. Monumentalnie brzmiący bas dozowany jest jednak kulturalnie i adekwatnie do określonego stylu muzycznego. M5si nie czaruje dźwiękiem aż tak, jak np. Sonneteer Alabaster, ale z drugiej strony może właśnie okazać się takim bezpiecznym wyborem na lata dla osób chcących bardziej eksperymentować z doborem kolumn niż wzmacniacza. Dzięki sporej mocy i wydajności prądowej ta brytyjska integra z pewnością nie będzie miała problemu z prawidłowym wysterowaniem większości kolumn dostępnych na rynku.

Werdykt: Musical Fidelity M5si

★★★★½ Sprawdzi się w systemach stereo, gdzie kładzie się nacisk na wydajność amplifikacji oraz wysoką kulturę grania. To bardzo udany i dobrze zaprojektowany wzmacniacz