Blumenhofer Tempesta 17

Blumenhofer Tempesta 17 Test

Kontynuując wycieczkę po ofercie wysokoskutecznych kolumn niemieckiej marki Blumenhofer, sięgnąłem tym razem po mniejszego przedstawiciela serii Tempesta, oznaczonego liczbą "17"

  • Data: 2017-12-06

O firmie Thomasa Blumenhofera sporo napisałem przy okazji wcześniejszych testów kolumn tej marki, więc pozwolę sobie tym razem podać jedynie kilka najważniejszych informacji. Tą kluczową jest filozofia niemieckiego konstruktora. Otóż od ponad 40 lat tworzy on kolumny głośnikowe. To konstrukcje wysokoskuteczne, dwudrożne, z prostą zwrotnicą, głośnikiem wysokotonowym (poza równoległą, budżetową serią Fun) pracującym w mniejszej bądź większej tubce. Od strony brzmieniowej celem, który wyznaczył sobie konstruktor, jest uzyskanie brzmienia jak najbardziej zbliżonego do koncertowego. Jak pokazały wcześniejsze testy innych modeli, Blumenhofery to doskonałe kolumny do lampy, ale wcale nie gorzej spisują się ze wzmacniaczami tranzystorowymi.

Budowa

Tempesta 17 to niezbyt duża kolumna podłogowa – niecały metr wysokości, obudowa o relatywnie wąskim froncie i regularnych kształtach lekko pochylona do tyłu i ok. 16kg wagi (sztuka). W górnej części frontu, w niewielkiej drewnianej tubce wkomponowanej w ściankę frontową umieszczono kompresyjny tweeter z mylarową membraną o średnicy 35mm. Poniżej pracuje głośnik nisko- średniotonowy opracowany we współpracy z firmami ATE i Ehmann und Partner. Wyposażono go w membranę P2F o średnicy 170mm (czyli 17cm – stąd oznaczenie modelu) i obciążono bas-refleksem skierowanym do dołu. Jego wylot znajduje się na spodzie kolumny.

P2F, z którego wykonano membranę woofera, to laminat składający się z dwóch warstw materiału Peek (Victrex) przedzielonych warstwą włókna węglowego. Jej cechą charakterystyczną jest wysoka sztywność oraz brak rezonansów w zakresie przetwarzanych częstotliwości. Umieszczenie wylotu bas-refleks na spodzie kolumny – tak swoją drogą to prostokątny otwór, a nie klasyczna rura – sprawia, że miejsce ustawienia kolumn gra mniejszą rolę niż w przypadku głośników z bas-refleksem na tylnej ściance. W dolnej części frontu, podobnie jak w innych modelach, dyskretnie wygrawerowano firmowe logo. Punkt podziału zwrotnicy ustawiono wyżej niż w przypadku testowanego wcześniej większego modelu, Tempesta 20, bo na częstotliwości 1800Hz. Obudowę wykonano z MDF-u o grubości 19mm (w wyższym modelu materiałem jest 25mm sklejka). Nominalne pasmo przenoszenia obejmuje zakres od 45Hz do 20kHz (+/-2dB). Skuteczność wynosi 88dB, a impedancja nominalna to 8Ω.

Całość postawiono na trzech regulowanych kolcach wkręcanych na końcu ramion w nóżki metalowego "T" zamocowanego na spodzie kolumny. Ramiona "T" wystają z tyłu poza obrys kolumny, co znacząco zwiększa stabilność tej konstrukcji. Dodatkowo trzy regulowane kolce sprawiają, że w pewnym zakresie użytkownik może zmieniać kąt nachylenia przedniej (pochylonej do tyłu) ścianki. Sugeruję zaczynać zawsze od ustawienia, w którym górna ścianka znajduje się w poziomie, ale jeśli z jakiejś przyczyny nie będziecie zadowoleni z efektu, to zmieniając wysokość (stopień wkręcenia) kolców, możecie próbować znaleźć lepsze rozwiązanie. Podobnie jak w przypadku większego modelu, kolce ustawiłem na podkładkach Acoustic Revive. Z tyłu umieszczono solidne, pojedyncze, pozłacane gniazda głośnikowe akceptujące banany, widełki i gołe końcówki kabli. Cena kolumn zależy od rodzaju wykończenia – najtańsze są forniry standardowe, nieco droższe specjalne, a dla najbardziej wymagających przygotowano wersje premium. Wykonanie i wykończenie kolumn stoi na dobrym poziomie – może niczym szczególnym (poza prostotą) nie zachwyca, ale absolutnie nie ma się do czego przyczepić. Wizualnie to raczej niewielka i dość lekka konstrukcja, która ładnie wkomponuje się w niemal każde wnętrze.

Jakość brzmienia

Tym razem test przeprowadziłem nie ze swoim SET-em na 300B, ale z 37W wzmacniaczem zintegrowanym pracującym w klasie A, włoskim GradiNote Shinai, którego mogliście Państwo posłuchać w czasie ostatniej wystawy Audio Video Show w Warszawie (w firmowym zestawieniu). To tak naprawdę przedwzmacniacz i dwie niezależne końcówki mocy umieszczone w jednej obudowie. Tempesty 17 mają zdecydowanie niższą skuteczność (88 vs 92dB) i stąd moja decyzja o zastosowaniu innego wzmacniacza. Głównym źródłem był mój LampizatOr Golden Atlantic. Kolumny stanęły ok. 1m od tylnej ściany, po bokach mając ponad 1,5m przestrzeni do najbliższych przeszkód, i zostały lekko skręcone do środka tak, by grały wprost na uszy w miejscu odsłuchowym.

Choć to już kolejne głośniki tego producenta, których słucham u siebie i choć wszystkie one mają pewne cechy wspólne wynikające z filozofii konstruktora, to za każdym razem ich brzmienie na początku mnie zaskakuje, a zaraz potem wciąga za uszy w świat muzyki. Tempesty 17 to kolumny grające bardzo żywo. Pewnie zasilane 8-watową lampą nie byłyby aż tak bardzo wyrywne, ale 37W w klasie A zapewniało im niesamowity drive połączony z doskonałą kontrolą całego pasma. Jak wspominałem, są to niezbyt duże kolumny, co automatycznie przekłada się na ich możliwości w zakresie reprodukcji najniższego basu czy skali dźwięku. Tyle że w praktyce tego się właściwie nie czuje. Dopóki nie sięgnąłem po kawałek Isao Suzuki z płyty "Blow up", na którym jego kontrabas schodzi piekielnie nisko, na dobrą sprawę nie zauważałem ograniczenia pasma na dole. Również dopóki nie zagrałem symfonii Mahlera, nie pojawiło się zauważalne ograniczenie skali dźwięku. W rocku czy jazzie spod znaku Marcusa Millera czy Lee Ritenoura wszystko było takie, jakie być powinno. Gitary basowe schodziły nisko, były dociążone, zwarte, szybkie, stopy perkusji pracowały rytmicznie, mocno, sprężyście. Elektryczne gitary miały odpowiednie "mięcho", drive, a wszystko to razem brzmiało w bardzo płynny, spójny, energetyczny i dynamiczny sposób. Symfonie, ale i opery Mozarta zachwycały polotem, lekkością dźwięku, fantazją kompozytora wprowadzającego mnóstwo tematów pobocznych, które w wydaniu niemieckich kolumn miały swoją wagę, nie ginęły w tle przytłoczone głównym tematem. Przy tak dużej, złożonej muzyce Tempesty miały okazję wykazać się umiejętnością dobrej gradacji planów i stworzenia dużej, zwłaszcza na głębokość, sceny. Na tę ostatnią wpływ miało odsunięcie głośników na wystarczającą odległość od wszystkich przeszkód w pomieszczeniu (w tym ściany za nimi), natomiast szerokość niezależnie od ustawienia rzadko wykraczała poza rozstaw kolumn. Nie jest to bynajmniej wada – chodzi mi jedynie o wskazanie różnicy w porównaniu z produktami konkurencji, które grają bardzo szeroko, ale rzadko pokazują aż taką głębię sceny dźwiękowej.

W bardziej wyrafinowanych nagraniach Tempesty zaskakiwały mnie umiejętnością różnicowania zwłaszcza niskich tonów. To dlatego popisy Raya Browna, Rona Cartera czy Renaud Garcii-Fonsa na kontrabasie, ale także wspominanego Marcusa Millera na elektrycznej gitarze basowej robiły tak duże wrażenie. Jak na stosunkowo niedrogie – w kategoriach audiofilskich – kolumny, testowany model przekazywał ogromną ilość informacji w bardzo dobrze kontrolowany i uporządkowany sposób. Rzecz również w drobiazgach typu palce przesuwające się po strunach, flażolety, przypadkowe stuknięcia o pudło instrumentu itd. Dorzućmy do tego wysoką dynamikę – mówię przede wszystkim o tej w skali makro, ale ta mikro wcale nie pozostawała tak daleko z tyłu – i dostajemy naprawdę przekonującą i wciągającą prezentację, której ewentualne braki na samym dole pasma można bez żalu wybaczyć. Niezwykle podobały mi się np. popisy Billy'ego Higginsa na perkusji na płycie "Groove Funk Soul" Joe Castro. Nie za sprawą jakiejś wyjątkowej potęgi bębnów (tak się raczej ich nie nagrywało w latach 60. ubiegłego wieku), ale właśnie z powodu świetnego różnicowania, szybkości, wręcz natychmiastowości uderzeń pałeczek w membrany czy talerze i świetnie oddanej sprężystości tych pierwszych.

Właściwie niezależnie od tego, jakiej muzyki słuchałem, czułem się, jakbym był obecny przy jej wykonaniu. To cecha wszystkich znanych mi Blumenhoferów – to granie bezpośrednie, choć bez mocnego wypychania sceny do przodu, mocne, energetyczne, ale nie agresywne, obecne i pełne elementów (o ile występują one w nagraniu) przybliżających akustykę pomieszczenia i grających instrumentów. Dlatego w dobrych nagraniach live słychać bardzo dobrze, czy mamy do czynienia z małym klubem, wielkim kościołem, salą filharmonii, opery, czy może stadionem (acz te ostatnie, zwykle rockowe, nagrania zawierają najmniej informacji dotyczących akustyki). To samo dotyczy samych instrumentów (akustycznych). W przypadku gitary, kontrabasu czy wiolonczeli struny zawsze mają mocne, pełne wsparcie pudeł rezonansowych, a dobrze nagrany fortepian jest wielkim i ciężkim instrumentem, również bardzo dźwięcznym.

Jeśli tylko nagranie zawiera informacje o wybrzmieniach, Blumenhofery dostarczą je w bardzo ładny, pełny sposób, nie skracając ich, ani sztucznie ich nie przedłużając. Są po prostu... akuratne. Wszystko to razem wzięte sprawia, że ma się wrażenie niezwykłej bliskości odtwarzanej muzyki. W zależności od nagrania albo to zespół trafia do naszego pokoju, albo my do sali koncertowej. Jeśli dobrze uchwycono aktywny udział publiczności (jak np. na "Jazz at the Pawnshop" czy "Friday Night in San Francisco"), to bezwiednie można się wczuć w rolę jednego z widzów, bawić się równie dobrze jak otaczający nas inni fani danej muzyki. Swoją cegiełkę dokłada do tego fakt, iż to również granie mocno ekspresyjne, dzięki czemu łatwo jest dać się ponieść emocjom i zapomnieć, że słuchamy tylko odtworzenia, a nie muzyki na żywo. A przecież dochodzi do tego jeszcze jedna bardzo ważna zaleta wszystkich kolumn Blumenhofera, dla której zdecydował on o przewadze konstrukcji dwudrożnych nad innymi, z większą ilość dróg. Rzecz oczywiście w spójności brzmienia. Tu poprzez prostą zwrotnicę trzeba zszyć dźwięk jedynie dwóch przetworników i jest to łatwiejsze do osiągnięcia, i daje w tym zakresie lepsze efekty niż w przypadku trój- czy czterodrożnych konstrukcji. Spójność tego grania jedynie w niewielkim stopniu ustępuje kolumnom z pojedynczym, szerokopasmowym driverem. Różnica jest na tyle niewielka, że w praktyce pomijalna, co ma ogromny, zdecydowanie pozytywny wpływ na odbiór muzyki.

Ekspresyjność w połączeniu z naturalnością brzmienia i właściwie brakiem podbarwień, jakie często są kojarzone z głośnikami tubowymi, sprawia, że i wokale wypadają na Tempestach 17 ponadprzeciętnie dobrze. Nie było mowy o żadnej nosowości głosów, sybilanty wypadały naturalnie i nawet w przypadku tak wiekowych, a przez to słabych technicznie nagrań, jak "Ballin' The Jack" w wykonaniu Sidneya Becheta to właśnie wokal przykuwał uwagę, czarował emocjami i bardzo dobrze oddaną barwą. W bardziej współczesnych, dużo lepszych realizacjach głosy, zarówno damskie, jak i męskie, wypadały organicznie, przekonująco, a przy tym nie było mowy o żadnym uśrednianiu – różnicowanie tego elementu także stało na wysokim poziomie. Można by powiedzieć, że akustyczne nagrania z wiodącymi wokalami są specjalnością niemieckich kolumn, gdyby nie opisane wyżej wrażenie z zupełnie innej, mocniejszej, wymagającej doskonałego prowadzenia rytmu i tempa elektrycznej muzyki. Pozostańmy więc przy stwierdzeniu, że może poza miłośnikami muzyki organowej albo elektroniki z potężnym, bardzo niskim basem czy w końcu fanami najcięższych odmian metalu reszta fanów dobrego brzmienia z przyjemnością posłucha na Tempestach 17 każdego nagrania ze swojej kolekcji.

Podobnie jak inne testowane przeze mnie do tej pory Blumenhofery, Tempesty 17 nie należą do kolumn "zabijających" słabsze nagrania. Potrafią np. nieco ożywić płaskie dynamicznie realizacje rockowe, przesuwając akcent na doskonały pace&rhythm, na energetykę i szybkość grania, koncentrując uwagę na warstwie muzycznej, w tym wokalach (zakładając, że te prezentują odpowiednią klasę). Dzięki temu nawet tak kiepskich realizacji, jak większość krążków U2 byłem w stanie posłuchać z przyjemnością, mając jednocześnie świadomość ich słabości. Tyle że te po prostu nie przeszkadzały mi w takim stopniu, jak to ma miejsce np. z moimi Ubiqami Model One. Łatwiej niż w przypadku wielu innych kolumn było mi się skupić na wokalu Bono, świetnej gitarze Edge'a, basie Claytona czy perkusji Mullena, zamiast na tym, jak płaski i przybrudzony jest to dźwięk. Myślę, że będąc fanem tej kapeli i posiadaczem Tempest 17, sięgałbym po jej twórczość zdecydowanie częściej niż to ma miejsce obecnie.

Podsumowanie

Wprawdzie trudno nazwać Tempesty 17 niedrogim modelem w skali absolutnej, ale na tle pozostałych propozycji Thomasa Blumenhofera i owszem, należą do najtańszych. Mają nieco niższą skuteczność niż pozostałe modele, które testowałem do tej pory, co sugeruje, że lepszymi partnerami będą przynajmniej kilkunastowatowe wzmacniacze lampowe czy tranzystory w klasie A. Na pewno można liczyć na podobny zestaw cech jak z innymi modelami – to czyste, otwarte, energetyczne brzmienie, wyjątkowo spójne i gładkie. Doskonale odtwarzają nagrania koncertowe, tworząc przekonujące wrażenie uczestnictwa w wydarzeniu. Tempesty 17 grają ekspresyjnie, ale to entuzjazm (jeśli tylko zostaną zestawione z odpowiednim wzmacniaczem) doskonale kontrolowany. Nie zapewnią masażu wątroby, ale szybkość, zwartość i natychmiastowość basu oraz doskonały pace&rhythm pozwalają nie zwracać na to uwagi. Doskonale brzmią wokale i instrumenty akustyczne, a i góra pasma potrafi zaskoczyć rozdzielczością i dźwięcznością. Z kolumn, które znam na tym pułapie cenowym, Blumenhofery Tempesta 17 właśnie zostały jednymi z moich prywatnych faworytów.

Werdykt: Blumenhofer Tempesta 17

★★★★★ Ładne, nieduże, łatwe do napędzenia, oferują wciągające, dające mnóstwo frajdy ze słuchania muzyki brzmienie