Heed Obelisk DA

Heed Obelisk DA Test

Testujemy przetwornik cyfrowo-analogowy o częściowo modularnej budowie, z ciekawie rozwiązanym wyjściem analogowym

  • Data: 2017-12-06

Węgierskie Heed Audio to firma produkująca nie do końca typowe urządzenia. Po pierwsze wszystkie jej komponenty mają szerokość mniej więcej połowy standardowego urządzenia audio, niezależnie od funkcji, jaką pełnią. Ciekawostki skrywają też wnętrza tych wąskich obudów – nietuzinkowe rozwiązania topologiczne i budowa modularna. Testowany DAC posiada wszystkie wymienione cechy, a do tego do testów trafiła wersja polakierowana na biało, która wygląda bardzo elegancko. Muszę jeszcze wspomnieć, że front urządzenia nie jest metalowy, a wykonany z centymetrowej grubości białego akrylu.

Bogate wnętrze

Heed Obelisk DA ma pięć wejść cyfrowych, USB (w testowanej wersji obsługujące USB Audio 2.0), dwa wejścia elektryczne SPDIF (jedno na RCA, drugie BNC) oraz dwa wejścia optyczne TOSLINK. Pomiędzy wejściami możemy się przełączać, korzystając z przycisków albo na froncie, albo na pilocie, a aktywne wejście wyświetlone jest na małym, jednocyfrowym niebieskim wyświetlaczu. Co ciekawe, DAC ma dwa różne wyjścia analogowe. Jedno, zbuforowane i wzmacniane, o napięciu wyjściowym 2,5V, jest przewidziane do współpracy ze wszystkimi wzmacniaczami, nawet tymi o niskiej impedancji wejściowej. Drugie, opisane jako direct, jest wyjściem bezpośrednio z kości przetwornika cyfrowo-analogowego, pozbawionym jakichkolwiek dodatkowych elementów w drodze sygnału. Ma ono dużo niższe napięcie wyjściowe (ok. 1V) i jest dość wrażliwe na impedancję wejściową wzmacniacza (ma niską wydajność prądową), co może ograniczyć jego zastosowanie. Ale z odpowiednim wzmacniaczem (np. z moim preampem Manleya zgrało się bardzo dobrze) brzmienie z tego wyjścia może być bardziej satysfakcjonujące niż z wyjścia buforowanego, a przynajmniej tak było u mnie.

Rzut oka do środka obudowy może rozpalić zmysły wielu audiofilów. Urządzenie zbudowano na jednej, solidnej płytce drukowanej, zawierającej wszystkie układy zasilania, oraz trzech płytkach pomocniczych – jednej przymocowanej do frontu, obsługującej logikę urządzenia, z wyświetlaczem i przyciskami oraz dwiema płytkami modularnymi, jedną obsługującą gniazdo USB, z popularnym odbiornikiem XMOS, oraz płytką DAC, gdzie układ Wolfson Microelectronics WM8727 jest wspomagany odbiornikiem SPDIF Cirrus Logic CS8416. Dzięki takiej budowie Obelisk DA jest w stanie odebrać na wszystkich wejściach sygnały do 24 bitów i 192kHz. Byłbym zapomniał – zasilanie dostarczają dwa duże transformatory toroidalne.

Dynamika i naturalność

Mogę powiedzieć, ze Heed trochę mnie zaskoczył. Pomimo niewielkich gabarytów gra dużym dźwiękiem, absolutnie nie wstydząc się dynamiki i swobody w kreowaniu dźwięku. Ale proszę się nie spodziewać, że testowany DAC zabije dźwiękiem. Co to, to nie – generalnie nie powoduje natychmiastowego zachłyśnięcia się generowanymi falami dźwiękowymi, raczej przekonuje do siebie powoli, rzetelnie przekazując wszystko, co zarejestrowano na płytach czy w plikach audio. Tak, w brzmieniu Heeda czuję pewne echo podejścia polskiego producenta – Zweimanna, w obu przypadkach przetwornik ma po prostu stanowić solidne źródło dźwięku, niedodające nic od siebie, ale też starające się niczego nie zgubić. I podobnie jak, również biały, poprzednik, można go słuchać godzinami bez zmęczenia.

Obelisk DA w żadnym aspekcie brzmienia nie wyskakuje ani mocno do przodu, ani nie pozostaje gdzieś w okopach. Po prostu jest i gra. Ale ma cechę, którą szalenie lubię we wszystkich urządzeniach, jakie testuję, niezależnie od poziomu cenowego i funkcji, jaką mają pełnić w systemie. Dla niego najważniejsza jest MUZYKA, a nie dzielenie włosa na czworo. Oferuje jednak wystarczająco dobrą rozdzielczość, żeby każdy słuchacz, jeśli ma ochotę, mógł wybrać sobie jakieś aspekty muzyczne czy pozamuzyczne i je dowolnie śledzić. Ale nie one są najważniejsze i to węgierski przetwornik dobitnie pokazuje. Fajnie słychać to zarówno z nagraniami jazzowymi, jak i klasyką – kameralne nagrania koncertów Vivaldiego są do przetestowania tego aspektu doskonałe, klawesyn gra na równi ze smyczkami i trzeba naprawdę dobrze zestrojonego systemu, żeby żaden instrument nie był uprzywilejowany.

Wspomniałem już na początku, że dynamika to jeden z ważniejszych aspektów brzmienia naszego "madziara". I tak jest niezależnie od repertuaru, ale w rocku i mocniejszych brzmieniach jest to najbardziej przydatne i zauważalne. Sięgnąłem więc nawet po rzadko odwiedzane katalogi mojego NAS-a – Black Sabbath, Disturbed, Tool – niby nie jestem szczególnym miłośnikiem takiego grania, ale w przypadku przepuszczenia sygnału przez Obeliska przyjemność ze słuchania była lepsza. Dobrze zrobione!

Nie bardzo mam ochotę rozbierać dźwięk na składowe, bo w przypadku Heeda jest to trudne zadanie, którego zasłuchanie się w kolejne płyty zdecydowanie nie ułatwia. Zacznę więc może od basu. Jak na dynamiczne urządzenie przystało, bas jest konturowy, dobrze kontrolowany i zwinny. Brakowało mi trochę wypełnienia na niektórych utworach, choćby ulubieniec audiofilów Roger Waters i jego zremasterowana wersja "Amused to Death" nie miała aż tak piekielnych zejść, jak z Heglem czy niektórymi innymi DAC-ami. Muszę jednak powiedzieć, że tę różnicę słychać głównie w bezpośrednim porównaniu i jeśli ktoś nie ma pełnopasmowych kolumn, to nawet tego nie zauważy.

Wysokie tony są gładkie, dość dźwięczne, ale zawsze zachowują pewien dystans od ostrości. Zdecydowanie pomaga to w odbiorze płyt nagrywanych w czasach "loudness war", gdzie częste przesterowania powodują ból uszu i zgrzytliwość nagranego dźwięku. Często zdarza się, że jeśli wysokie są podawane w mocny sposób, to takich płyt nie da się na takim urządzeniu słuchać. Z węgierskim przetwornikiem nam się to nie zdarzy. Ale proszę się też nie bać tzw. "koca" na kolumnach. Nic takiego się nie zdarzy. Obelisk potrafi znaleźć dla odtwarzanych tonów niemal idealny balans.

Na koniec to, co dla większości słuchających najważniejsze, czyli średnica. Tutaj Heed ma się czym chwalić. Jest nieco ocieplona, bardzo przyjemna, dociążająca trochę wokale i instrumenty akustyczne, co przekłada się na bardzo zmysłowe granie. Myślę, że takie podejście świetnie uzupełnia pozostałe części pasma i przekłada się właśnie na chęć odbierania muzyki jako homogenicznej całości, bez rozbierania każdego utworu na poszczególne dźwięki.

Warto wiedzieć

Dwa różne wyjścia analogowe to zabieg spotykany czasem w urządzeniach, gdzie stopień wyjściowy jest wyposażony w lampy elektronowe. Niektóre odtwarzacze czy przetworniki posiadają wtedy wyjście bazujące na układach dyskretnych lub wzmacniaczach operacyjnych oraz drugie, gdzie sygnał przesyłany jest przez lampy. W testowanym DAC-u nie ma lamp, ale zastosowano podobne rozwiązanie. Otóż Obelisk DA ma dwa niezależne wyjścia – jedno, gdzie sygnał zebrany jest bezpośrednio z kości przetwornika Wolfsona, oraz drugie – gdzie zastosowano dyskretny stopień wyjściowy (w przetworniku nie ma wzmacniaczy operacyjnych). Wyjście bezpośrednio z kości DAC-a ma pewne ograniczenia, dlatego nie może zostać wykorzystane w każdej sytuacji, ale ze względu na mniejszą ilość elementów oraz praktyczny brak przetwarzania sygnału audio po konwersji brzmi lepiej. Dzięki temu mamy możliwość wypróbowania, która wersja bardziej nam się podoba, co pozwala dopasować brzmienie do naszych preferencji.

Podsumowanie

Heed Obelisk DA to DAC dla wszystkich. Absolutnie nie ma preferencji, jeśli chodzi o rodzaj odtwarzanej muzyki. Każdy gatunek zagra co najmniej dobrze, neutralnie i z oddaniem szacunku muzyce jako takiej. W sumie muszę przyznać, że grał w sposób zbliżony do testowanego niedawno polskiego przetwornika Zweimann. Oczywiście ten ostatni jest bardziej wyrafinowany, ale sam charakter brzmienia, wpisanie się w system i niejako "zniknięcie" z toru jest tutaj podobne. Myślę, że testowany przetwornik to bardzo dobra propozycja dla osób, które chcą poprawić brzmienie swojego systemu i które nie chcą się ograniczać w wyborze repertuaru. Heed dla takich osób może okazać się strzałem w dziesiątkę.

Werdykt: Heed Obelisk DA

★★★★★ Bardzo dobry, uniwersalny przetwornik, który nie wydrenuje kieszeni do ostatniej złotówki