Phasemation CA-1000 + MA-1000

Phasemation CA-1000 + MA-1000 Test

Firma Phasemation za sprawą znakomitych wkładek i przedwzmacniaczy gramofonowych znana jest przede wszystkim fanom płyt winylowych. Tym razem testujemy wyjątkowy zestaw składający się z przedwzmacniacza i monobloków lampowych tej marki

  • Data: 2017-12-06

Przez mój system przewinęło się już kilka produktów japońskiej marki Phasemation, która w rodzimym kraju nazywa się Phase-Tech. Wśród nich była choćby wkładka gramofonowa PP-1000 czy też przedwzmacniacze gramofonowe – relatywnie niedrogi EA-300 i topowy EA-1000. Każdy z tych produktów okazał się wyjątkowy pod względem zarówno klasy brzmienia, wykonania, jak i dbałości o najmniejsze nawet detale charakterystyczne dla właściwie wszystkich wysokiej klasy produktów audio pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni. Do niedawna to właśnie seria "1000" obejmowała topowe osiągnięcia japońskiej marki (obecnie najwyżej pozycjonowane są urządzenia z serii "200"). Jej uzupełnieniem, a może naturalną kontynuacją są dostarczone do testu: przedwzmacniacz CA-1000 i monobloki MA-1000. Już wspomniany phonostage EA-1000 był urządzeniem dość niezwykłym. Cały układ podzielono bowiem między trzy osobne obudowy. W jednej znajduje się zasilacz z lampowym prostownikiem, w dwóch pozostałych osobne układy wzmacniające i korygujące sygnał dla prawego i lewego kanału. Odseparowanie układów, które przecież zajmują się bardzo niskim sygnałem dostarczanym przez wkładkę gramofonową, od zasilacza jest zabiegiem często spotykanym w phonostage'ach z wysokiej półki. Całkowite rozdzielenie obu kanałów eliminujące interferencje między nimi spotykane jest bardzo rzadko. Pokazuje ono jednakże bezkompromisowe podejście do kwestii jakości dźwięku szefa Phasemation, pana Nobuyuki Suzuki.

Dzielony wzmacniacz, do niedawna flagowa propozycja tej japońskiej marki (kilka miesięcy temu wprowadzono nowy model wzmacniacza – MA-2000), został stworzony równie bezkompromisowo. O ile monobloki to w high-endzie rzecz raczej normalna niż niezwykła, o tyle przedwzmacniacz podzielony na trzy osobne obudowy to rozwiązanie bardzo rzadko spotykane. Rozdzielenie zasilania od pozostałych układów, słowem dwuczęściowe przedwzmacniacze nikogo nie dziwią, ale trzyczęściowe pojawiają się na tyle rzadko, że muszą budzić zdziwienie, a gdy zapoznać się bliżej z koncepcją, również i szacunek. Pan Suzuki podszedł do tematu dość oryginalnie i osobę mającą po raz pierwszy styczność z CA-1000 czeka zapewne spore zaskoczenie. Oto bowiem dostajemy jedno ciężkie urządzenie standardowej wielkości z przyciskami, dużą gałką i niewielkim wyświetlaczem oraz dwa mniejsze, które na froncie mają jedynie po jednej diodzie i żadnych manipulatorów. Sprawa wydaje się więc prosta – większa obudowa to układ przedwzmacniacza, a w mniejszych zapewne znajdują się zasilacze, dwa, bo pewnie osobne dla każdego kanału. Tymczasem gdy spojrzeć na tylne ścianki tych urządzeń, staje się jasne, że podział musi być inny. Wejścia i wyjścia liniowe znajdują się bowiem w dwóch mniejszych obudowach, natomiast ta większa wyposażona jest jedynie w gniazdo IEC oraz po dwa (większe i mniejsze) wielopinowe gniazda. Układ przedwzmacniacza rozdzielony na kanał prawy i lewy to właśnie dwie mniejsze obudowy, w większej znajduje się zasilacz oraz układy sterujące. Te ostatnie są źródłem zakłóceń i mogą mieć negatywny wpływ na jakość brzmienia. Problem ten dzięki umieszczeniu ich w osobnej obudowie jest eliminowany. Dwa grubsze kable wychodzące z większego urządzenia dostarczają prąd osobno dla każdego kanału, a dwa mniejsze nimi sterują.

Budowa

Przyjrzyjmy się obu elementom testowanego dzielonego wzmacniacza bliżej. CA-1000 umieszczono w trzech osobnych obudowach wykonanych w dużej mierze z aluminium. Producent zadbał o ich odpowiednią solidność i sztywność, aplikując 20mm płyty frontowe, pokrywy grubości 3mm, a na spodzie wykorzystując 2mm płytę stalową pokrytą warstwą miedzi. Ta ostatnia ma dobre właściwości ekranujące, a dodatkowo dobrze tłumi drgania. Każdą obudowę ustawiono na płycie wykonanej z drewna, której zadaniem jest tłumienie drgań tudzież izolacja od tych pochodzących z zewnątrz. Do walorów estetycznych drewna nie muszę chyba nikogo przekonywać. Podobne rozwiązanie stosuje inna japońska marka – SPEC, której kilka urządzeń miałem okazję dla Państwa testować. Drewno jest zawsze dobierane tak, by właściwości konkretnego rodzaju najlepiej wypełniały powierzoną mu rolę w danej aplikacji.

Mniejsze moduły z układami przedwzmacniacza na froncie nie mają żadnych manipulatorów, a jedynie niebieską diodę, która sygnalizuje włączone zasilanie. Z tyłu, oprócz wspomnianych już wielopinowych gniazd, którymi z dużego modułu dostarczane są zasilanie i sterowanie, znajdziemy trzy wejścia RCA (z gniazdami WBT) i trzy XLR (Neutriki), trzy wyjścia, z których dwa są aktywne (po jednym RCA i XLR), ale także jedno pasywne, które pomija lampy wzmacniające. Dodatkowym elementem jest zacisk masy – w zestawie znajduje się kabelek, którym należy połączyć oba kanały. Urządzenie ma budowę niezbalansowaną. Na wejściach i wyjściach pracują transformatory dopasowujące. CA-1000 to przedwzmacniacz lampowy, w którym w układzie SRPP bez sprzężenia zwrotnego pracują triody ECC803 (12AX7). W buforze wyjściowym zastosowano natomiast lampy 6922 (6DJ8). W kluczowej dla klasy każdego przedwzmacniacza sekcji regulacji głośności Japończycy zastosowali opatentowany hybrydowy tłumik – transformator z 46 odczepami przełączanymi w przekaźnikach.

Na froncie modułu zasilająco-sterującego umieszczono szereg przycisków, jedną dużą gałkę i dwa małe pokrętła. Przyciskiem włączamy urządzenie, kolejnymi wybieramy jedno z 6 wejść, wyciszamy wyjścia (mute), bądź sterujemy balansem między kanałami. Za tę ostatnią funkcję odpowiadają dwa przyciski, a powyżej znajduje się rządek 7 niebieskich diodek, które pokazują aktualne ustawienie. Duża gałka odpowiada za regulację głośności, a obok niej umieszczono niewielki wyświetlacz, który żółtymi cyferkami pokazuje aktualny poziom. Lewym małym pokrętłem wybieramy aktywne wyjście, prawym natomiast poziom sygnału wyjściowego – w środkowej pozycji to 0dB, a do wyboru mamy -6 i 6dB, jeśli poziom wyjściowy trzeba (odpowiednio) obniżyć bądź podwyższyć. W zasilaczu wykorzystano wysokiej klasy układ z przewymiarowanym transformatorem typu R-core i lampowym prostownikiem 5U4G. Urządzeniem można sterować za pomocą oryginalnego pilota zdalnego sterowania. Wykonano go z metalu, a zamiast fizycznych przycisków zastosowano panel dotykowy, który pozwala sterować głośnością, balansem między kanałami oraz wyciszyć wyjście częściowo (ATT) lub całkowicie (Mute).

Monobloki lampowe MA-1000 nie wymagają już aż tak rozbudowanego opisu, są bowiem zdecydowanie bardziej tradycyjnymi konstrukcjami. Są to nie aż tak duże urządzenia z frontem szerokości 25cm, ale za to głębokie na ponad 40cm. Ich waga, jak na urządzenia lampowe, także nie szokuje – każda sztuka waży bowiem 15,5kg. To wzmacniacze typu SET (Single Ended Triode) oparte o nieco mocniejszą odmianę kultowej triody 2A3 – 2A3-40 produkowaną przez słowacką firmę JJ Electronic. To ciekawe o tyle, że lampy tej marki nie cieszą się u nas jakąś wielką estymą, a najwyraźniej Japończycy mają o nich inne zdanie, bo nie tylko Phasemation, ale i np. Wavac stosuje lampy tej firmy. 2A3-40 (po jednej na kanał) sterowane są lampami ECC803S (tej samej marki), a w zasilaniu pracuje prostownik 5R4GA (NOS Philips ECG JAN). Obudowy tych wzmacniaczy są... piękne! Podobnie jak w przypadku MA-1000, wykonano je z aluminium, stali pokrywanej miedzią oraz samej miedzi. Wykończono je kolorem, który zwykle nazywa się szampańskim, z niewielkimi złotymi elementami (włączniki i logo na froncie). Lampy w ceramicznych podstawkach z pozłacanymi stykami ukryto pod osadzanymi na bolcach osłonami, których ścianki frontowe wykonano z grubego, przezroczystego szkła, a boki i górę z metalowych płyt z licznymi otworami wentylacyjnymi, wykończonych tak samo, jak reszta obudowy. W ten sposób doskonale widać pięknie żarzące się lampy. Zdjęcie tych osłon daje użytkownikowi dostęp do małych potencjometrów, które mogą się przydać, jeśli po podłączeniu pojawi się przydźwięk. Transformatory i dławiki umieszczone za sekcją z lampami ukryto pod metalową obudową. Z tyłu oprócz gniazda IEC umieszczono jedynie wejście RCA oraz wyjścia głośnikowe, które firmowo (o czym trzeba ewentualnie pamiętać przy zamawianiu) podpinane są do odczepów 8Ω lub 4Ω transformatorów wyjściowych. Całość ustawiono na czterech niewielkich, aluminiowych nóżkach, które dobrze pełnią swoją funkcję, ale warto ustawić monobloki na dobrych platformach antywibracyjnych (ja zastosowałem kwarcowe Acoustic Revive).

Jakość brzmienia

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wzmacniacz oparty o (nawet jeśli nieco mocniejszą wersję) 2A3 wymaga bardzo łatwych do napędzenia kolumn. Producent podaje co prawda moc na poziomie 10W, ale uczciwie podaje również wysoką wartość zniekształceń harmonicznych (10%) dla tej wartości. Użytkowej mocy jest więc po prostu mniej. Ponieważ obecnie nie posiadam bardzo łatwych kolumn, dystrybutor, firma Nautilus, dostarczył mi testowane w jednym z poprzednich numerów kolumny DeVore Fidelity Orangutan 96. I było to bardzo dobre zestawienie z Phasemation, podobnie jak z z polskimi kolumnami Aida Acoustics Thaisis czy Fikus Electric P-17. Jednakże słysząc, z jaką łatwością Phasemation radziło sobie z tymi głośnikami, uznałem, że warto spróbować zestawienia z moimi Ubiq Audio Model One Duelund Edition (88dB, 6Ω). Swoboda, z jaką MA-1000 poradziły sobie z napędzeniem tych kolumn, była absolutnie zaskakująca, bo to przecież trójdrożne konstrukcje w obudowach zamkniętych, wcale nie tak łatwe do napędzenia. Skoro jednak grało tak dobrze, to postanowiłem właśnie w tym zestawieniu z Lampizatorem Golden Atlantic oraz gramofonem J.Sikora Basic i phono Grandinote Celio Mk IV w roli źródeł odbyć zasadniczą część odsłuchów.

W czasie długich sesji zestaw Phasemation zaskakiwał mnie swoimi możliwościami wielokrotnie. Kilka rzeczy było jednakże jasnych dosłownie od pierwszych minut odsłuchu. Zanim o nich, jeszcze tylko jedna kwestia – podobnie jak w przypadku większości urządzeń lampowych, ten system również potrzebuje nieco czasu, by się ułożyć i dogrzać, słowem krytyczne odsłuchy proponuję zaczynać nie wcześniej niż godzinę po włączeniu. Już po kilku minutach japońskie urządzenia prezentują pewnie z 80% możliwości, czyli grają znakomicie, ale po godzinie wspinają się na wyżyny swoich możliwości i zaczyna się prawdziwa magia. Jak już zasugerowałem wcześniej, z Ubiqami od początku słyszałem rozmach i skalę prezentacji, które kojarzą się z mocnymi, tranzystorowymi końcówkami, a nie kilkoma watami z SET-a. Jednym z pierwszych krążków był bowiem soundtrack z "Przebudzenia mocy", z otwierającymi go, znanymi wszystkim fanom "Gwiezdnych Wojen" fanfarami. Najniższe pojawiające się w tym nagraniu tony można pokazać w nieco bardziej zwarty, konturowy sposób, ale MA-1000, choć grały je nieco bardziej miękko, bynajmniej nie traciły kontroli i całkiem dobrze je definiowały. Dociążenie było znakomite, na szybkość i energetyczność tych najniższych dźwięków też nie można było narzekać.

Kolejnym elementem uderzającym od samego początku była niesamowita czystość dźwięku – choćby instrumentów dętych grających ważną rolę w muzyce Johna Williamsa. Lampy zwykle jednak nieco je wygładzają, nie dają im lśnić pełnym blaskiem, takim, który czasem nawet lekko zakłuje w uszy. Jedynie kilka tych najlepszych urządzeń tego typu, jak Kondo Souga czy Kagura, topowy system AudioTekne czy najnowszy (hybrydowy, czyli częściowo lampowy) wzmacniacz zintegrowany Thöress oferują nasycony, gładki, ale i niezwykle transparentny, pełen informacji wyrafinowany dźwięk, który oddaje prawdziwą naturę trąbki, puzonu, saksofonu itd. Phasemation robiło dokładnie to samo, pokazując to na pozór sprzeczne, ale jakże naturalne połączenie gładkości i czystości/dźwięczności, a od czasu do czasu nawet (kontrolowanej) ostrości. Pewnie narzucające się skojarzenie z filmową sagą też robiło swoje, ale nie zmienia to faktu, że wspomnianego soundtracku słuchałem z ciarkami wędrującymi po plecach.

Niesamowicie zabrzmiała zagrana z plików DSD płyta Patricii Barber "Verse", sygnalizując już absolutne mistrzostwo w zakresie prezentacji wokali, ale także i muzyki akustycznej (choć nie tylko). Rozpoczynający album kontrabas był tym wielkim, trójwymiarowym pudłem wspierającym szarpane struny, dodającym każdemu dźwiękowi masy, jakim jest, gdy słucha się go na żywo. Gwoli ścisłości, był nie tylko potężny, ale i szybki, żwawy, czyli taki, jak lubię, choć nawet na żywo nie zawsze tak brzmi. Świetnie zaznaczony był atak (każde szarpnięcie struny), ale i długie wybrzmienia były obłędnie naturalne. Wokal Patricii jedynie w kilku wypadkach był u mnie tak głęboki i namacalny, a zarazem pełny subtelności, jak tym razem, miał tak naturalną barwę i tak precyzyjnie, a jednocześnie jakby od niechcenia pokazaną fakturę. To była jedna z tych nie tak licznych prezentacji tego krążka, w czasie których doskonale zabrzmiała także perkusja i instrumenty perkusyjne – tak(!) bębny, blachy i przeszkadzajki dawały czadu jak z mało którym tranzystorem. To znowu była kwestia natychmiastowości ataku, znakomitych wybrzmień, sprężystości membran bębnów, twardości i odpowiedzi na uderzenia pałeczek blach czy wybitnego różnicowania mnóstwa instrumentów perkusyjnych, które na płytach tej artystki zawsze grają dużą rolę.

Zagrałem również czysto elektrycznie – płyta Lee Ritenoura "6 String Theory" to kawał dość mocnego gitarowego grania, ze sporym udziałem elektrycznego basu i dobrze zarejestrowanymi bębnami. Zabrzmiało to tak, jak powinno – gęsto, mocno, z gitarami grającymi z odpowiednim drive'em na pierwszym planie, basem wyznaczającym puls każdego kawałka i perkusją schowaną nieco głębiej, ale z mocną, sprężystą stopą i fajnie dociążonymi, dźwięcznymi blachami. Owe (w praktyce) kilkuwatowe wzmacniacze lampowe prowadziły tempo i rytm niczym rasowy kilkusetwatowy tranzystor. Gitara basowa na tym krążku, ale i na odsłuchiwanych później popisach Marcusa Millera potrafiła zejść bardzo nisko, z odpowiednim dociążeniem – żadnego przeciągania, żadnej utraty kontroli – po prostu znakomicie! Nawet z szaleństwami AC/DC, a nie są to przecież realizacje audiofilskie, japoński system poradził sobie zaskakująco dobrze. Potrafił oddać to, co w tej muzyce najważniejsze – energię, flow, dynamikę, czyli wszystko to, co zmiksowane razem daje człowiekowi większego kopa niż potrójne espresso. I nie będę już kolejny raz przypominał, jak niewielka moc wyjściowa do tego w zupełności wystarcza. Tak, z mocniejszymi wzmacniaczami energii jest w tej muzyce jeszcze więcej, ale rzecz właśnie w ilości, a nie w intensywności – tej ostatniej Phasemation absolutnie nie brakowało. Świetnie zabrzmiała również nie do końca audiofilsko zrealizowana płyta Stevena Taylora (wokalisty Aerosmith), przede wszystkim znowu dzięki fantastycznie pokazanemu charyzmatycznemu wokalowi i chórkom, ale i gitara akustyczna zachwycała naturalnością i czystością brzmienia (a tej ostatniej cechy nie można przypisać całemu nagraniu). Świetna wersja "Janie's Got a Gun" czy może mało odkrywczy, ale i tak rewelacyjny cover "Piece of My Heart" porwały mnie świeżością, witalnością i feelingiem, którego (w przypadku tego drugiego kawałka oczywiście) nie powstydziłaby się sama Janis Joplin.

W czasie odsłuchów nie zabrakło i klasyki. Ta w małych składach zabrzmiała wręcz wybitnie. Choćby "La Stravaganza" Vivaldiego w wykonaniu Rachel Podger i polskiej orkiestry barokowej (grającej na instrumentach z epoki) Arte Dei Suonatori. Podwójny krążek zna pewnie większość fanów takiej muzyki – znakomicie zagrane i nagrane koncerty skrzypcowe Vivaldiego w wydaniu systemu Phasemation zabrzmiały w niezwykle wyrafinowany, precyzyjny sposób. Japońskie urządzenia pokazały swoje wszystkie mocne strony – wysoką rozdzielczość, umiejętność przekazania ogromnej ilości informacji, z tymi najdrobniejszymi włącznie, acz złożonych w większą, barwną, intrygującą całość. Dorzuciły do tego bardzo dobre różnicowanie zarówno w zakresie dynamiki (także, a może nawet przede wszystkim tej mikro), jak i barwy, niesamowitą plastyczność i namacalność prezentacji, naturalność, a nawet organiczność brzmienia i tę unikalną płynność, którą do tej pory słyszałem wyłącznie z wymienionymi już wcześniej najlepszymi lampami. Odsłuch tej płyty na testowanym systemie był prawdziwym, wyjątkowym doświadczeniem.

Na talerzu gramofonu wylądował m.in. fantastycznie zrealizowany krążek "The Power of Orchestra" z muzyką Musorgskiego. Na tej płycie jest wszystko – rozmach, skala, tytułowa potęga orkiestry, no i niesamowity klimat "Nocy na Łysej Górze". Pod warunkiem, że system potrafi to pokazać. Klimat nocnej zawieruchy, sabatu czarownic, wiejących wichrów itd. MA-1000 i CA-1000 zbudowały po prostu fenomenalnie! Intensywność prezentowanych wydarzeń skutkowała niezwykłymi wrażeniami, zaangażowaniem w to, co działo się na scenie. To z kolei wystarczyło, by kompletnie zignorować nieco mniejszy rozmach i może nie aż taką swobodę prowadzenia akcji, jaką z moimi Ubiqami pokazują wzmacniacze dysponujące dużo wyższą mocą. Oceniając na zimno, i owszem, potrafiłem powiedzieć, że zestawowi Phasemation brakowało odrobiny pary, by w 100% oddać tytułową potęgę orkiestry, ale ponieważ grały tę muzykę w tak angażujący, intensywny sposób, nie miało to żadnego znaczenia. Z równie dobrej strony testowany system pokazał się w czasie odsłuchu "Wesela Figara" pod Currentzisem. Japoński wzmacniacz imponował rozdzielczością, separacją i różnicowaniem, budując duży, poukładany obraz orkiestry asystującej cudownie oddanym głosom śpiewaków. Tak jak wcześniej genialnie stworzył ponury obraz sabatu czarownic, teraz zbudował lekki, wesoły nastrój komediowego utworu Wolfganga Amadeusza. I zrobił to bez wysiłku, jakby od niechcenia, dowodząc, że potrafi stworzyć wyjątkowy spektakl niezależnie od charakteru nagrania, byle tylko otrzymał sygnał wysokiej klasy. Wystarczy więc zadbać o źródła wysokiej klasy, dobry materiał muzyczny, a efekty będą fenomenalne!

Podsumowanie

Trudno było oczekiwać, że produkt za takie pieniądze, pochodzący od tak znakomitego japońskiego producenta zagra słabo. Musiałem więc postawić mu od początku najwyższe wymagania, a on sprostał im bez wysiłku. To niezwykle rozdzielczo, ale i gęsto, płynnie i przestrzennie grający zestaw, który fenomenalnie buduje klimat nagrań, angażuje, wciąga na długie godziny i nigdy, ale to nigdy się nie nudzi. Mimo niewielkiej mocy wcale nie jest specjalnie wymagający w stosunku do kolumn, które musi napędzić. Grał doskonale z wysokoskutecznymi Orangutanami 96, ale i swobodnie radził sobie z moimi Ubiq Audio Model One Duelund Edition. Kolumny muszą prezentować odpowiednią klasę, nie mieć jakichś większych spadków impedancji, do zestawu trzeba dodać wysokiej klasy źródło i w ten sposób powstanie system marzeń. Drogi, ale wspinający się na wyżyny tego, co jakikolwiek system audio jest w stanie zaproponować. Z wokalami, muzyką akustyczną, ale i rockiem (może poza najcięższymi odmianami) to czysta magia! Fantastyczne, wciągające, ekspresyjne granie – z odpowiednią muzyką ciarki na plecach, włoski stające dęba itd. gwarantowane!

Werdykt: Phasemation CA-1000 + MA-1000

★★★★★ Pięknie wykonany zestaw, gra niezwykle angażująco i ekspresyjnie, dostarczając wyrafinowany dźwięk z najwyższej półki